lederboard

Magdalena Walczak: Polacy mało czytają!

– Mojego czytelnika rozkocha ciepło transformacji, bo ciepło transformacji niesie ze sobą nadzieję, że najgorsze wydarzenia można zamienić w złoto. To właśnie pokazuje moja książka. Ona utula czytelnika, prowadzi go za rękę, momentami jest pełna humoru, a momentami czuć bezradność – czyli tak jak w życiu. – mówi Magdalena Walczak, autorka książki „Labirynt. Alicja w Krainie Schematów” w rozmowie z Law Business Quality. 

 

 

Rynek wydawniczy w Polsce budzi wiele kontrowersji. Mówi się, że Polacy mało czytają, czyli w teorii popyt jest na bardzo niskim poziomie. Mimo wszystko co trzecia osoba decyduje się na napisanie książki. Jak jest naprawdę? Masz swoje zdanie w tym temacie?

Nie wiem, jak to wygląda w rzeczywistości, ale z pewnością Polacy mało czytają. Natomiast we mnie dużo ciekawości, ale też niezrozumienia budzi fakt, jakie pozycje są promowane. Oczywiście nie od dziś wiadomo, że Grey sprzeda się najlepiej, ale mi marzy się docieranie do ludzi z książkami, które określa się jako „trudne” bądź „głębokie”. Moja została do takich zaliczona. Specjaliści od PR nie chcieli podjąć się promocji. Ale ja wierzę w Alicję – ona jeszcze wszystkim pokaże (śmiech)!

Co skłoniło Cię do napisania swojej pierwszej książki?

Kryzys, w jakim znajdowałam się w 2017 i 2018 roku. Nie wiedziałam, jak z niego wyjść. Kręciłam się w kółko. Myślałam, że lubię siebie, a nawet uważałam, że to całe „Self-love”, o którym mówi się dziś wszędzie, mam opanowane do perfekcji. Otóż nie! Schematy, pod które układało się moje życie prywatne, pokazywały coś zupełnie odmiennego. Co w środku, to na zewnątrz. Nie przyciągamy do relacji nic ani nikogo, co nie rezonuje w jakiś sposób z naszym wnętrzem, chociaż bardzo często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Pewna bliska kobieta powiedziała mi wtedy, że wierzy w moje pisanie i wie, że to za jego pomocą przejdę na drugą stronę lustra. Ujęła to w sposób, który zapoczątkował moją opowieść. Dostałam przekaz: Załóż najpiękniejszą sukienkę, jaką masz i wygraj to swoją poetyckością. Zrób notatki, a potem pokaż je innym. Przejdź z gracją po Labiryncie… do samej siebie. Posłuchałam (śmiech)!

Jak wyglądał proces pisania i wydania książki „Labirynt. Alicja w Krainie Schematów”? Z jakimi trudnościami musiałaś się zmierzyć?

To bardzo złożone pytanie, o którym można napisać książkę (śmiech), ale postaram się skrócić wszystko do minimum. Otóż zaczęłam pisać pod koniec 2017 roku, zakończenie powstało już po pierwszym poprawianiu tekstu, na początku 2019 roku. Pisałam w nocy albo w weekendy, uczestnicząc paradoksalnie we własnym procesie. Czasami musiałam zostawić komputer na kilka tygodni, żeby coś w sobie przepracować i przemyśleć. Tytuł również pojawił się dopiero po tym, jak zdałam sobie sprawę, że moja postać kojarzy mi się z… Alicją w Krainie Czarów. Głównie przez motyw podróży, formę wyrastających w Labiryncie przedmiotów, zadań, plansz, pól do gier oraz postaci, a także przez metaforykę. Potem zaczęła się moja własna korekta tekstu, w której pomogła mi Marta Portalewska (dziękuję). Dałam sobie rok na znalezienie wydawnictwa, stało się to po… 5 dniach. Wydawnictwo Papierowy Motyl Marika Krajniewska współpracuje ze mną na zasadzie zachowania praw autorskich oraz partnerstwa, co bardzo sobie cenię. Mogę już teraz mówić o naszym wspólnym sukcesie, bo pierwszy nakład książki sprzedał się jeszcze przed premierą. Dlaczego? Marika podkreśla, że liczy się świadomość autora, co bardzo mi schlebia, natomiast ja mogę dodać, że patrzymy w tym samym kierunku. Znalazłam wydawnictwo, które jest bardzo zaangażowane w moje literackie dziecko, a zaangażowanie to dziś nie tylko na rynku wydawniczym, ale w ogóle towar deficytowy: raczej liczą się statystki oraz ilości. Nikt we współczesnym świecie nie zwraca uwagi na wyskakujących znikąd debiutantów (śmiech). Nie traktuje się też pisarzy indywidualnie, tylko wsadza w szufladki: „opłaca się”, „nie opłaca się”. Ja czuję się traktowana indywidualnie. Co jest największą trudnością? Największą trudnością i paradoksalnie… przyjemnością jest PR. Kocham public relations. Miałam okazję zajmować się nim w branży muzycznej, ale ciężko startuje się z pozycji, z której nikt, ale to totalnie nikt, Cię nie zna.

Jak znaleźć odpowiedniego wydawcę, który zatroszczy się o młodego, nie znającego do końca rynku wydawniczego autora? Jak wyglądały twoje poszukiwania wydawnictwa?

Nie wyobrażam sobie wydawania książki u kogoś, kto jej nie rozumie, nie rezonuje z nią, nie podoba mu się ona. Jeśli tak jest, wszelkie działania promocyjne będą „na chybił trafił”. Jeśli nasz promotor nie zna materiału i go „nie czuje”, nie będzie skuteczny, tylko… szablonowy. A jak coś jest szablonowe, to podlega dziełom i prawom przypadku. I wtedy w takim samym stylu może się coś ewentualnie udać bądź nie. Dlatego właśnie bardzo ważna jest dla mnie relacja z wydawnictwem. Ja, żeby oddać w czyjeś ręce Alicję, musiałam temu wydawnictwu zaufać. A zaufać to znaczy: wiedzieć, że ono będzie działało na korzyść mojej książki, że zrobi wszystko, co w jego mocy, bo mamy wspólny cel. Właśnie: że zrobi! Wiele wydawnictw dzisiaj wydaje książkę i… na tym się kończy. Public relations umiera z poziomu półki w księgarni.

Dużo słyszy się o self publishingu. Opinie na temat tego rodzaju wydawania książek są podzielone. Masz jakieś przemyślenia w związku z tym działaniem? Jak było w Twoim przypadku? Kto finansował wydanie Twojej książki? Komu poleciłabyś self publishing?

Moim modelem wydawniczym jest model łączony: zachowuje prawa autorskie, więc jestem self-publisherem, ale wydawnictwo wspomaga mnie w procesie wydawniczym, PRomocji, a także dystrybucji: książka trafia do księgarni internetowych oraz Empiku. Dzięki temu, że poznałam Papierowego Motyla, odczarowałam czarno-białe postrzeganie procesu wydawania książek. Z reguły panuje przekonanie, że albo musisz mieć pieniądze i zrobić wszystko od początku do końca, albo jesteś „skazany” na ruchy (bądź ich brak) ze strony wydawnictwa, które posiada wszystkie prawa do Twojej książki. Powstały dwa fronty, które się zwalczają, a niepotrzebnie. Można połączyć korzyści z obu form i wejść w fajny model wydawniczy złotego środka. Ja tak zrobiłam! Bardzo polecam.

Marika Krajniewska w wywiadzie dla Imperium kobiet powiedziała kiedyś: „Słowa mają ogromne znaczenie zarówno dla osoby, która je wypowiada, jak i tej, do której są skierowane. Wystarczy jedno, by rozpalić wielki płomień, lub taki sam wielki płomień zgasić. „. Jakich słów używać w książkach, żeby rozkochać w sobie Czytelnika?

Mojego czytelnika rozkocha ciepło transformacji, bo ciepło transformacji niesie ze sobą nadzieję, że najgorsze wydarzenia można zamienić w złoto. To właśnie pokazuje moja książka. Ona utula czytelnika, prowadzi go za rękę, momentami jest pełna humoru, a momentami czuć bezradność – czyli tak jak w życiu (śmiech). Prawda… rozkochuje.

Twoja książka „Labirynt. Alicja w Krainie Schematów” to łatwych nie należy. Porusza też trudny temat toksycznych relacji. Mimo wszystko pierwszy nakład, zanim jeszcze trafił do Empiku został wyprzedany. Jak myślisz, w czym tkwi siła Twojej pierwszej książki? Co stanowi o jej wyjątkowości?

Nie jest łatwa, to prawda! Stanowi zapis mnie z pewnego okresu życia, ale nie zapis 1:1. To historia drogi, która jest w każdym z nas, ale jednocześnie każda ma inny tytuł (śmiech) i różną ilość odcinków. Wszyscy na tej planecie prędzej czy później mierzymy się z tematem „miłości od siebie do siebie”. Alicja jest metaforyczna, ale to daje czytelnikowi pole do popisu dla własnej kreacji, przestrzeń dla wyobraźni i przejścia własnego Labiryntu. Ponadto książka jest dla mnie symbolem „mrówczej” pracy nad nawiązywaniem relacji z czytelnikiem. Nie chodzi mi o pracę, która jest ciężka, ale pracę, która odbywa się krok po kroku. Każda osoba, która kupiła „Labirynt…” miała styczność ze mną, a społeczność budowana wokół książki to mój fanpage na FB. To świadczy o relacji, opartej na zaufaniu – na wierze że napisałam dla tych osób coś wartościowego. To dla mnie wiele znaczy. Mam też wspaniałych patronów medialnych – gromadzę wokół Alicji cudowne osoby i to też potwierdza jej wyjątkowość.

Do kogo kierujesz „Labirynt…”?

Do kobiet, które tkwią w toksycznych albo niesatysfakcjonujących relacjach. Do kobiet, które pragną zmian, ale nie wiedzą, którędy iść. Do kobiet, które chcą kochać siebie i zobaczyć, czym w praktyce jest modne ostatnio pojęcie „Self-love“. Do kobiet, które zaczynają od nowa, ale nie wiedzą, co dalej. Do kobiet, które chcą się rozwijać. Do kobiet, które wierzą, że mają nieszczęście w miłości. Do kobiet, które chcą przejść swój własny Labirynt i obudzić się z karteczką “Zwycięstwo” na szafce przy łóżku. Do osób, które kochają poezję, metafory albo „Alicję w Krainie Czarów“. Do mężczyzn, którzy chcą zrobić prezent swojej partnerce albo są ciekawi naszego świata.

Rozmawiała: Ilona Adamska

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *