Pamiętacie szkołę? Te pierwsze przyjaźnie, nieśmiałe zauroczenia, wagary i klasowe wybryki? Fajnie się wspomina, prawda? Ale spójrzmy prawdzie w oczy – pod tą warstwą nostalgii kryje się coś znacznie mniej przyjemnego. Szkoła to nie tylko miejsce, gdzie uczymy się czytać i liczyć. To także pierwsza lekcja tego, jak działa świat dorosłych – świat, w którym twoja wartość jest mierzona liczbami, a każdy błąd może kosztować cię reputację.
Dzisiejsza szkoła to już nie edukacja – to poligon. Dzieci w wieku, w którym powinny odkrywać świat z ciekawością, uczą się, że najważniejsze są cyferki w dzienniku. Piątka? Świetnie, ale Kowalski ma szóstkę. Czwórka? Czemu nie piątka? Jedynka? Katastrofa, wstyd, porażka.
Instytut Badań Edukacyjnych w przygotowanej przez dr Beatę Ciupińską publikacji „Trudności w pełnieniu roli ucznia – uwarunkowania, przejawy, kierunki oddziaływań w kontekście kompetencji potrzebnych na rynku pracy” nie pozostawia złudzeń. Trudności w nauce czy niskie oceny mogą prowadzić do zachowań dysfunkcyjnych, takich jak złość i nieposłuszeństwo lub apatia i bierność. Często też dla dziecka oceny to jedno z głównych źródeł domowych awantur. Rodzice, zamiast pytać: „Czego się dziś nauczyłeś?”, pytają: „Jaką dostałeś ocenę?”. I tak, krok po kroku, wychowujemy pokolenie, które wierzy, że ich wartość jest równa średniej w dzienniku.
A to dopiero początek. Bo szkoła to nie tylko oceny – to także arena społeczna, gdzie popularność mierzy się liczbą lajków, a hejt stał się codziennością. 75% uczniów deklaruje, że doświadczyło hejtu w mediach społecznościowych. Wyobrażacie sobie? 75%! A my wciąż udajemy, że to tylko „takie żarty” albo „część dorastania”.
Zderzenie z rzeczywistością, czyli witaj na rynku pracy
„Możesz wszystko!”, „Jesteś wyjątkowy!”, „Wystarczy ciężko pracować!” – kto z nas nie słyszał tych frazesów? Powtarzamy je dzieciom jak mantrę, wierząc, że budujemy ich pewność siebie. Problem w tym, że to kłamstwo. Słodkie, pocieszające, ale jednak kłamstwo. Młodzi ludzie kończą studia z głową pełną marzeń i portfelem pełnym… długów. Wkraczają na rynek pracy przekonani, że ich dyplom coś znaczy. I co zastają? Ogłoszenia o pracę, w których „stanowisko dla początkujących” wymaga pięciu lat doświadczenia. Staże, które nie płacą ani grosza. Umowy śmieciowe, które można zerwać z dnia na dzień.
Statystyki, choć już kilkuletnie, bo z 2021 roku, nie pozostawiają złudzeń – osoby poniżej 26 roku życia stanowiły 36% wszystkich pracowników tymczasowych. W 2022 roku co piąty młody Europejczyk wykonywał pracę poniżej swoich kwalifikacji. Zamiast obiecanej kariery, wielu absolwentów cały czas ląduje w korporacyjnym młynie – przepracowanych, niedocenianych i z poczuciem, że coś poszło nie tak.
A jakby tego było mało, media społecznościowe dokładają swoje. Scrollujesz Instagram i co widzisz? Dwudziestopięciolatków, którzy „zbudowali imperium biznesowe”, influencerów zarabiających miliony na reklamowaniu kremów i programistów, którzy w wieku 23 lat kupili apartament w centrum. Rzeczywistość? Ci sami influencerzy mieszkają z rodzicami, a ich „imperium” to pożyczka z banku i kreatywna księgowość.
Nic dziwnego, że tak wielu młodych ludzi czuje się przegranymi. Nie dlatego, że im się nie udało, ale dlatego, że uwierzyli w bajkę o sukcesie, który przychodzi łatwo i szybko.
Praca aż do wypalenia
„Nie śpij, haruj, wstawaj i zasuwaj” – te hasła nie zdobią już tylko motywacyjnych plakatów. Stały się filozofią życiową całego pokolenia. Pracujesz 12 godzin dziennie? Brawo, jesteś wojownikiem. Bierzesz wolne? Słabeusz, konkurencja cię wyprzedzi.
Ta obsesja na punkcie pracy nie jest przypadkowa. To efekt systemu, który wmawia nam, że wartość człowieka mierzy się jego produktywnością. Nie tym, jakim jest człowiekiem, ale tym, ile godzin spędza w biurze i ile zadań odhacza z listy.
Efekt? W 2019 roku Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie uznała wypalenie zawodowe za syndrom związany z pracą. Według badania przeprowadzonego przez Pracuj.pl, 39% pracowników biurowych w Polsce zadeklarowało, że doświadczyło epizodu wypalenia zawodowego.
Chroniczne zmęczenie, apatia, brak sensu, rozdrażnienie, poczucie pustki, spadek koncentracji, zaburzenia snu, cyniczne podejście do życia, brak satysfakcji z codziennych aktywności, obniżona samoocena oraz izolowanie się od otoczenia – to nie są już wyjątki, to norma.
Najbardziej niepokojące jest to, że wypalenie dotyka coraz młodszych. Ludzie, którzy dopiero zaczynają karierę, już są u kresu sił. Dwudziestopięciolatkowie biorą leki na depresję, trzydziestolatkowie przechodzą zawały. To nie jest normalne. To jest chore.
Technologia, która miała nam ułatwić życie, stała się naszym nadzorcą. E-mail o 22:00? Musisz odpowiedzieć. Telefon w niedzielę? Lepiej odbierz, szef dzwoni. Urlop? Jasne, ale laptop zabierz ze sobą, bo „coś może wyskoczyć”.
Nic dziwnego, że coraz więcej osób wybiera ciche odchodzenie – wykonują swoje obowiązki, ale ani kroku dalej. Żadnych nadgodzin, żadnej dodatkowej pracy, żadnego poświęcenia dla firmy. To nie lenistwo – to desperacka próba zachowania zdrowia psychicznego w świecie, który wymaga od nas coraz więcej, dając coraz mniej w zamian.
Jak z tego wybrnąć?
Czy ten system da się naprawić? Czy możemy stworzyć świat, w którym sukces nie oznacza wypalenia, a ambicja nie prowadzi do depresji? Tak, ale wymaga to zmian na wielu poziomach.
Po pierwsze, szkoła. Dania pokazuje, że można inaczej. Od 1993 roku duńskie szkoły wprowadziły obowiązkowe zajęcia z empatii, znane jako „Klassens tid”, dla uczniów w wieku od 6 do 16 lat. Efekt? Duńczycy należą do najszczęśliwszych narodów świata. Nie dlatego, że są bogaci, ale dlatego, że potrafią budować zdrowe relacje i radzić sobie z emocjami.
Po drugie, walka z wypaleniem zawodowym i przepracowaniem. Eksperyment Microsoftu w Japonii pokazał, że wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy może poprawić efektywność oraz zdrowie pracowników. W ramach programu „Work Life Choice Challenge Summer” japoński oddział firmy skrócił tydzień pracy o jeden dzień (pracownicy nadal otrzymywali pełne wynagrodzenie). Rezultaty były następujące: produktywność wzrosła o 40%, a zadowolenie pracowników osiągnęło poziom 92%. Koszty operacyjne firmy również się zmniejszyły. Okazuje się, że krótszy czas pracy ma wiele zalet, obejmujących poprawę zdrowia i dobrego samopoczucia. Dodatkowo mniej czasu spędzanego w biurze sprawia, że pracownicy stają się bardziej zaangażowani, kreatywni i produktywni. Kto by pomyślał?
Po trzecie, walka z hejtem. Norwegia skutecznie walczy z cyberprzemocą poprzez kompleksowe działania edukacyjne, promowanie empatii w sieci oraz współpracę z organizacjami pozarządowymi. Dzięki temu młodzi ludzie uczą się bezpiecznego korzystania z internetu oraz reagowania na agresję online. To nie kwestia cenzury, lecz świadomego wychowania i odpowiedzialności za własne słowa i czyny.
Po czwarte, zmiana definicji sukcesu. Czy naprawdę wierzymy, że sukces to drogie auto, stanowisko dyrektora i konto pełne pieniędzy? Czy może jednak chodzi o coś więcej – o równowagę, spokój, możliwość spędzania czasu z bliskimi bez ciągłego sprawdzania e-maili?
Czas na zmianę
Spójrzmy prawdzie w oczy – system, w którym żyjemy, jest wadliwy. Obiecuje nam szczęście za cenę wypalenia, sukces za cenę zdrowia, uznanie za cenę autentyczności. I coraz więcej osób zaczyna zadawać sobie pytanie: czy ta cena nie jest zbyt wysoka?
Historie celebrytów, którzy mimo sławy i pieniędzy zmagają się z depresją, biznesmenów, którzy osiągnęli szczyt tylko po to, by odkryć, że są tam sami i nieszczęśliwi – to nie są wyjątki. To logiczna konsekwencja systemu, który mówi: „Bądź najlepszy, bez względu na koszty”.
Zmiana nie musi być rewolucyjna. Może zacząć się od prostych pytań: Czy to, co robię, daje mi satysfakcję? Czy moje życie należy do mnie, czy do mojego szefa? Czy definiuję siebie przez to, co osiągam, czy przez to, kim jestem?
To nie naiwne pytania. To fundamentalne kwestie, które określają jakość naszego życia. Bo życie to nie sprint do mety, która ciągle się oddala. To nie wyścig, w którym liczy się tylko pierwsze miejsce. To pełna wartości podróż, która powinna dawać radość, a nie tylko zmęczenie.
Każdy z nas ma wybór. Możemy dalej biec w wyścigu, który nie ma końca, albo znaleźć własną ścieżkę – taką, na której sukces mierzy się spokojem umysłu, a nie liczbą zer na koncie.
Pytanie brzmi: czy mamy odwagę, by zboczyć z utartego szlaku? Czy potrafimy powiedzieć „dość” kulturze, która każe nam pracować aż do wypalenia? Czy znajdziemy w sobie siłę, by zdefiniować sukces na własnych warunkach?
Czas pokaże. Ale jedno jest pewne – zmiana jest możliwa. I zaczyna się od nas.

Adam Sieradzki
Psycholog kliniczny. Ukończył Dolnośląską Szkołę Wyższą we Wrocławiu, zdobywając wykształcenie na kierunku psychologia w zdrowiu i chorobie (studia licencjackie) oraz psychologia kliniczna (studia magisterskie). Posiada bogate doświadczenie zawodowe, które zdobywał zarówno w poradniach psychologiczno-pedagogicznych, jak i placówkach edukacyjnych, gdzie pracuje jako psycholog. Ma również doświadczenie dydaktyczne jako wykładowca. Specjalizuje się w pracy z trudną młodzieżą, psychologii sportu oraz terapii akceptacji i zaangażowania (ACT). Pełni funkcję prezesa Stowarzyszenia „Sowia Przystań”, które działa na rzecz szeroko pojętej profilaktyki zdrowia psychicznego. Jest także członkiem Stowarzyszenia Association for Contextual Behavioral Science Polska – organizacji promującej rozwój terapii ACT oraz nauk kontekstualnych o zachowaniu. Na co dzień współpracuje z Telewizją Polską oraz Polskim Radiem. Prowadzi profil „Czołowy Psycholog” na Facebooku, gdzie dzieli się wiedzą psychologiczną i treściami wspierającymi rozwój osobisty. Nieustannie rozwija swoje kompetencje poprzez udział w kursach, szkoleniach i konferencjach psychologicznych.


