O podróżach, odkrywaniu świata i siebie samej, hejcie, rozumieniu swojej drogi oraz nawiązywaniu łączności z wszechświatem rozmawia z Iloną Adamską Beata Pawlikowska, pisarka, podróżniczka, dziennikarka i autorka ponad stu książek motywacyjnych, podróżniczych, kulinarnych i językowych.
Od lat inspiruje Pani i zachwyca fanów swoimi podróżami. Jakie miejsce na świecie najbardziej wpłynęło na Pani sposób postrzegania życia i dlaczego?
Jako dziecko wymarzyłam sobie wyprawę do dżungli amazońskiej, nie zdając sobie sprawy z tego, że to całkowicie zmieni mnie jako człowieka. Wyjeżdżając z Polski, wierzyłam w wiele rzeczy, które później okazały się nieprawdą. Choćby taką, że Europa jest „najlepszym, najbardziej cywilizowanym miejscem na Ziemi” albo że „należy współczuć mieszkańcom krajów Trzeciego Świata”. Samo sformułowanie „kraje Trzeciego Świata” narzuca skojarzenie z czymś gorszym od nas, mniej rozwiniętym i mniej wartościowym. Tymczasem w rzeczywistości jest odwrotnie. Im więcej mamy przemysłu, sprawnej gospodarki, betonu, stali, biur, klimatyzacji i fabrycznego wysoko przetworzonego jedzenia, tym ludzie stają się bogatsi materialnie i ubożsi duchowo. Zanieczyszczone powietrze, woda i ziemia przyczyniają się do powstawania chorób, które istnieją tylko w zachodniej cywilizacji i nie przez przypadek są nazywane „cywilizacyjnymi”: otyłość, nowotwory, depresja, cukrzyca i inne.
W zachodniej cywilizacji ludzie ciągle coś udają, powszechne jest kłamstwo, oszustwo, nieuczciwość i najbardziej bolesne jest to, że nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ksiądz może się okazać przestępcą, dyrektor chóru człowiekiem, który molestuje dzieci, a policjant osobą, która stosuje środki odurzające. Nie wiadomo komu wierzyć. Nie ma żadnych autorytetów, co do których moglibyśmy mieć stuprocentową pewność, że są naprawdę tacy, jakie sprawiają wrażenie.
U Indian jest zupełnie inaczej. Tam każdy człowiek jest sobą i nie musi niczego udawać. Wódz, myśliwy, szaman – każdy ma stuprocentowe kompetencje w tym, co robi. Od Indian nauczyłam się tego, że największą wartością jest prawda, uczciwość, dobro. Nie udawanie kogoś, kim się nie jest, tylko naprawdę bycie człowiekiem ze swoich marzeń.

W swoich publikacjach często podkreśla Pani wagę samodzielnego myślenia i pracy nad sobą. Jakie nawyki uważa Pani za najważniejsze w codziennym rozwoju duchowym i emocjonalnym?
Codziennie trzeba się zatrzymać w ciszy i skalibrować swój wewnętrzny kompas, podłączyć się na nowo do mądrości Siły Wyższej. Najlepiej zrobić to o świcie. O piątej rano wyjść na dwór, żeby przywitać się ze światem. Wtedy bezpiecznie można otworzyć wszystkie zmysły. Inni ludzie jeszcze śpią, milczą fabryki, biura i sklepy, nie ma samochodów ani hałasu wiertarek. Wyjdź na dwór, idź przed siebie i chłoń atmosferę początku nowego dnia. Posłuchaj ptaków, poczuj dotknięcie wiatru na skórze, patrz na drzewa, kwitnący bez, róże i tulipany. Zimą przyglądaj się ciszy. Nie oczekuj niczego, donikąd się nie śpiesz. Pozwól sobie przez dziesięć minut stopić się w jedność z mocą wszechświata.
Wielokrotnie mówi Pani o samotnych wyprawach i przebywaniu ze sobą. Czy samotność w podróży to ucieczka, czy może forma najgłębszego kontaktu z samą sobą?
Samotność w podróży daje wielką siłę. Nawet w najmniejszej grupie ludzie nieustannie ze sobą rozmawiają. Opowiadają sobie o tym, co widzą, co im się przypomniało, na co mają ochotę. Są przez cały czas nastawieni na zewnątrz, w stronę relacji z innymi. Kiedy jesteś sam, niespodziewanie masz szansę usłyszeć swoje własne głęboko ukryte myśli i emocje, nawiązać ze sobą prawdziwy kontakt, poznać siebie lepiej. Poza tym kiedy przestaniesz gadać, poczujesz energię miejsca, w którym się znajdujesz, staniesz się jej częścią, dzięki czemu będziesz mógł lepiej zrozumieć ludzi, którzy tam mieszkają.
Jest Pani osobą rozpoznawalną, która otwarcie dzieli się swoimi poglądami. Jak radzi sobie Pani z hejtem, którego doświadczyła Pani w mediach społecznościowych i w przestrzeni publicznej?
Hejt nie jest skierowany wobec żadnej konkretnej osoby, mimo że na pozór tak to może wyglądać. W rzeczywistości hejt jest krzykiem rozpaczy ludzi zagubionych w życiu i labiryntach strachu budowanych przez naszą zachodnią cywilizację za pomocą pełnych przemocy filmów kryminalnych i horrorów, gier wideo, serwisów informacyjnych i nagłówków gazet będących listą najgorszych zdarzeń, jakie miały miejsce w ciągu minionych godzin; a także bezradności wobec systemu, który w praktyce ignoruje i poniża tych, którzy są ubodzy, mniej wykształceni albo w jakiś sposób upośledzeni. Hejt w sieci jest wołaniem o pomoc i dowodem na to, że stworzyliśmy świat, w którym ludzie czują się nieszczęśliwi, zagubieni i nieważni. Z braku nadziei i pomocy jedynym dostępnym rozwiązaniem jest anonimowe wykrzyczenie swojej frustracji, nienawiści i smutku.

W jednym z wywiadów wspomniała Pani, że każdy z nas ma w sobie moc do zmiany życia. Co powiedziałaby Pani osobie, która czuje się zagubiona i nie wierzy, że cokolwiek może się jeszcze zmienić?
Powiedziałabym: Wszystko jest w twojej głowie. To, w co wierzysz, staje się twoją rzeczywistością, ponieważ z twoich podświadomych przekonań powstają myśli i emocje, a w ich rezultacie pojawiają się decyzje oraz działania. Ja też byłam kiedyś samotna i nieszczęśliwa, myślałam, że jestem gorsza i szukałam kogoś, kto się mną zaopiekuje. Prawda jednak jest taka, że każdy człowiek musi wziąć odpowiedzialność za siebie. Znaleźć krzywdzące przekonania, które zakodowano w nas w dzieciństwie, a następnie zamienić je na nowe, silne, wspierające przekonania. Zamiast powtarzać w myślach: „To jest bez sensu”, powiedzieć: „Jaka jest w tym mądrość, czego mogę się z tego nauczyć?”. Napisałam o tym kilkanaście książek, m.in. „Kody podświadomości. Praktyczny kurs życiowej przemiany”.
Podczas konferencji LAW BUSINESS QUALITY podkreślała Pani znaczenie miłości własnej. Co dla Pani osobiście oznacza „kochać siebie” i jak wyglądało Pani dojrzewanie do tej postawy?
Trzeba dać sobie szansę na szczęście. Ja przez pół życia walczyłam ze sobą i byłam swoim największym wrogiem. Nie ma szczęścia w stanie wojny. Kiedy nienawidzisz, koncentrujesz się na niszczeniu zamiast tworzeniu pozytywnej wartości. Dlatego ruszyłam naprzód dopiero wtedy, kiedy pozwoliłam sobie żyć. Kiedy spojrzałam na siebie jak na osobę, z którą spędzę resztę życia i postanowiłam się sobą zaopiekować. Przestałam czekać, aż ktoś mnie ocali i uratuje, a zamiast tego dałam sobie całą miłość, której tak potrzebowałam. To był jeden z najważniejszych momentów mojego życia. Zaakceptowałam siebie taką, jaka byłam, ze wszystkimi wadami i słabościami i to dało mi siłę do tego, żeby zacząć się zmieniać, uzdrawiać i stać się takim człowiekiem, jakim naprawdę chciałam być.

Samoakceptacja to proces, który wielu osobom sprawia trudność. Jakie praktyki lub codzienne rytuały pomogły Pani zbudować wewnętrzne poczucie wartości i spokoju?
To bardzo proste. Trzeba codziennie mówić do siebie: „Kocham cię!” i słuchać siebie. Obserwować swoje myśli i emocje, odkrywać prawdę o sobie. A przede wszystkim przyjąć nadrzędne założenie, że każdy człowiek jest ważny, wartościowy i potrzebny. Każdy pojawił się na Ziemi w ważnym celu i ma do wykonania określoną pracę. Zamiast koncentrować się na słabościach i wadach, dać sobie sprawiedliwą szansę rozwijania swoich umiejętności i talentów.
Czego powinniśmy życzyć Beacie Pawlikowskiej?
Prawdy i dobra, z których utkana jest materia wszechświata. Ten, kto podąża ścieżką prawdy i dobra, zawsze znajdzie szczęście i zawsze trafi do celu. Tego życzę też wszystkim Czytelnikom i serdecznie pozdrawiam.
Rozmawiała: Ilona Adamska


