Widział miejsca, w których ludzkie życie traci wartość, i sytuacje, w których jedna decyzja waży więcej niż czyjeś ambicje. Cezary Papis, były żołnierz Oddziałów Specjalnych Żandarmerii Wojskowej, opowiada o doświadczeniu wojny, o misjach w Libanie i Afganistanie oraz o tym, dlaczego największą próbą odwagi bywa nie walka, lecz powrót do domu. W rozmowie z Marcinem Bąkiem mówi także o inicjatywie „Wyzwanie Stu” – projekcie, który łączy dyscyplinę sportową z realną pomocą chorym dzieciom – oraz o tym, jak wojna potrafi nie złamać, lecz na zawsze zmienić sposób patrzenia na świat.
Jak to się stało, że wstąpiłeś do Żandarmerii Wojskowej?
W czwartej klasie mama zapisała mnie na zapasy, bo miałem ciężką astmę, częste duszności i byłem otyły. Mimo problemów zdrowotnych bardzo chciałem trenować, zwłaszcza że wtedy do kin wchodził Bruce Lee i „Wejście smoka”. Chciałem być jak on, choć ani ze względu na moją sylwetkę, ani kondycją nic nie wskazywało, że może się to wydarzyć. Na szczęście trafiłem na świetnych trenerów – Stefana Zawiszę i mojego pierwszego trenera zapasów, Mariusza Więcaszka.
Od zapasów przeszedłem do kickboxingu, boksu i karate. Po kontuzji musiałem odpuścić sporty dynamiczne i poszedłem bardziej w kierunku kulturystyki, choć cały czas trenowałem boks. Później trafiłem na bramkę, gdzie stykałem się z różnymi ludźmi i sytuacjami. Właśnie tam spotkałem po latach mojego przyjaciela „Oko”. Powiedział mi: „Co ty będziesz stał na tych bramkach? Chodź do mnie do firmy, tu się marnujesz”. Okazało się, że służy w jednostce 2305. Sprawdziłem, co to za jednostka – i od razu wiedziałem, że chcę tam być.
Następnego dnia złożyłem papiery, ale na komisji wojskowej mnie wyśmiali. Powiedzieli, że nie mam pojęcia, gdzie próbuję się dostać. Wyjaśniono mi, że najpierw muszę zdobyć stopień, przejść szkolenie i dopiero wtedy mogę myśleć o jednostkach specjalnych. Wysłano mnie do Szkoły Podchorążych w Poznaniu – trzy miesiące kursu, po którym zostałem kapralem podchorążym.
Po kursie złożyłem papiery do Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim. Tam było świetnie – doskonała kadra, świetne szkolenia. Stamtąd pojechałem na swoją pierwszą misję do Libanu, później do Afganistanu. Ale czułem, że chcę się rozwijać dalej, więc zacząłem myśleć o przejściu do Warszawy, gdzie był drugi Oddział Specjalny ŻW i Wydział Działań Specjalnych, zajmujący się m.in. czarną, antyterrorystyczną taktyką.
Zdałem kolejne egzaminy i dostałem się do wymarzonego wydziału działań specjalnych w Warszawie. Myślałem dalej o GROM-ie, ale zmieniła się ustawa i potrzeba było wyższego stopnia. W tym czasie urodziło mi się drugie, potem trzecie dziecko, a w rodzinie pojawiły się komplikacje zdrowotne. Zrozumiałem, że muszę wybrać – kariera albo rodzina. Wybrałem dom. To było moje prawdziwe przeznaczenie.
I tak wygląda moja droga: od zapasów w czwartej klasie przez sporty walki i pracę na bramce aż po Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej – najpierw w Mińsku Mazowieckim, potem w Warszawie, w Wydziale Działań Specjalnych.
Pamiętasz swoją pierwszą misję? Co wtedy czułeś?
Pewnie. Na początku czułem ogromne podekscytowanie, taką dziecięcą wręcz frajdę. W głowie miałem obrazy z filmów – jak z „Helikoptera w ogniu” – dynamiczne akcje, coś naprawdę „grubego”. Szybko jednak przyszło rozczarowanie, bo rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Poza niesieniem pomocy humanitarnej – co z perspektywy lat uważam za jedną z najważniejszych rzeczy, jakie zrobiłem w życiu – tak naprawdę nie wykonywaliśmy żadnych typowo bojowych działań.
Były oczywiście drobne sygnały zagrożenia: że ktoś może strzelić, że gdzieś spadnie rakieta. Ale generalnie była to spokojna misja. Najtrudniejsze było to, że bardzo długo byłem z dala od domu i rodziny. Nie działo się jednak nic z tego, o czym młody żołnierz zwykle marzy – żadnych spektakularnych akcji, ratowania kogoś pod ostrzałem ani momentów, które czynią z człowieka bohatera.
Dopiero po latach zrozumiałem, jak wartościowy był to czas. Nieśliśmy naprawdę dużo pomocy – wspieraliśmy Syryjczyków w górach, rozdawaliśmy jedzenie. Zdarzało się też, że udawało nam się „zorganizować” trochę dodatkowych darów żywnościowych i przekazać je dzieciakom czy rodzinom mieszkającym w namiotach, ludziom, którzy po prostu tego potrzebowali. I dziś myślę, że właśnie to było w tej misji najważniejsze.
Byłeś w miejscach, w których ludzkie życie nie zawsze ma wartość. Co takie doświadczenia robią z człowiekiem?
Niestety, to prawda. Bywałem w miejscach, gdzie życie ludzkie nie przedstawiało żadnej wartości – ani większej, ani mniejszej. Czasem miałem wrażenie, że zwierzęta w naszym kraju traktuje się lepiej niż ludzi w niektórych zakątkach świata.
Weźmy Afganistan. W różnych regionach rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej: są miejsca, gdzie kobiety są szanowane, ale są też takie, w których ich życie jest pasmem przemocy i ograniczeń. Najbardziej wstrząsające były jednak działania grup terrorystycznych. Talibowie potrafili karać całe wioski za brak współpracy. Bywały sytuacje, w których na mieszkańców spadała brutalna zemsta tylko dlatego, że odmówili pomocy. Dochodziło do masakr, podczas których ginęły całe rodziny – często w sposób niewyobrażalnie brutalny.
Pamiętam momenty, kiedy wjeżdżaliśmy z pomocą – medyczną czy humanitarną – by leczyć ludzi i rozdawać żywność. Wtedy talibowie nierzadko otwierali do nas ogień, doskonale wiedząc, że strzelają również w stronę własnej ludności cywilnej. Dla nich zabicie kogokolwiek – swojego czy obcego – często nie miało większego znaczenia. Oczywiście śmierć żołnierza koalicji była dla nich „sukcesem”, ale życie zwykłych ludzi w ogóle nie było uwzględniane.
Jednocześnie, z perspektywy czasu, widzę też inny wymiar tych wydarzeń. Choć niełatwo to przyznać, w oczach części tamtejszych mieszkańców również my mogliśmy wyglądać jak ci, którzy wkraczają z zewnątrz i wprowadzają zamęt. Każdy konflikt ma dwie strony – awers i rewers – a punkt widzenia zmienia wszystko.
W historii Polski również zdarzały się trudne decyzje. Podczas II wojny światowej wysyłano harcerzy do działań dywersyjnych, powierzano im zadania skrajnie niebezpieczne. Dla przykładu w Powstaniu Warszawskim wysyłano ich do unieruchamiania „goliatów” – bezzałogowych, samobieżnych nosicieli ładunków wybuchowych. Zadaniem tych młodych ludzi było przecinanie kabli sterujących, aby zatrzymać te maszyny i zdobyć trotyl, którym były wypełnione. Pozyskany materiał wykorzystywano później do produkcji własnych granatów. Dzisiaj, z perspektywy obserwatora, można powiedzieć, że bywało to podobne do tego, co robią bojówki w innych częściach świata. To pokazuje tylko, jak złożone i niejednoznaczne są wojny oraz ludzkie wybory w skrajnych sytuacjach.
To doświadczenia, które zostają w człowieku na zawsze i zmieniają sposób patrzenia na świat.
Jak udało Ci się zachować wrażliwość i empatię?
Wiesz, myślę, że właśnie dlatego, że widziałem tak wiele zła i cierpienia. Doświadczyłem strachu w oczach ludzi, widziałem momenty skrajnego przerażenia, a nawet śmierć. To są obrazy, które zostają w człowieku na zawsze – nie da się ich wymazać ani zapomnieć. Prawdziwy strach, kiedy nad głową lecą rakiety, kiedy padają strzały, kiedy zupełnie zwykli ludzie – tacy, którzy nie mają nic wspólnego z bronią czy walką – nagle stają oko w oko z zagrożeniem… To jest coś, co zostawia trwały ślad.
Gdy ich broniliśmy, gdy wyciągaliśmy ich z niebezpiecznych miejsc, często widziałem w ich oczach paniczny lęk. Nie da się pozostać wobec tego obojętnym. Te doświadczenia poruszają, zmieniają, budzą emocje. I właśnie dlatego uważam, że moja empatia i zrozumienie drugiego człowieka nie osłabły, ale się wzmocniły.
Szczerze mówiąc, nie znam ani jednej osoby, z którą pracowałem – czy to za granicą, czy tu, w Polsce, w sytuacjach skrajnie stresowych, często „na granicy” – która po takich przeżyciach stałaby się gorszym człowiekiem. Myślę, że doświadczenia, w których naprawdę wiesz, że od twoich decyzji zależy ludzkie życie i zdrowie, potrafią tylko wzmocnić człowieczeństwo. One sprawiają, że stajesz się lepszy, bardziej świadomy, bardziej uważny. Na pewno nie gorszy.

Czy któraś z misji szczególnie zapadła Ci w pamięć? Zmieniła Twoje spojrzenie na świat?
Każda misja czegoś mnie nauczyła. Liban był pierwszą prawdziwą rozłąką, zderzeniem z nieznanymi realiami i samotnością. Miałem jechać na sześć miesięcy, wróciłem po dziewięciu, a każdy dzień po ustalonym terminie dłużył się jak wieczność.
Ale to Afganistan okazał się najtrudniejszy. Dwa tygodnie przed wylotem dowiedzieliśmy się, że ciąża mojej żony jest zagrożona. Świat się zatrzymał. Z jednej strony odpowiedzialność za życie ludzi, którymi miałem dowodzić w jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na ziemi. Z drugiej – moja rodzina, żona i nienarodzona córka, które najbardziej mnie wtedy potrzebowały. To był największy dylemat mojego życia.
Musieliśmy podejmować decyzje, których nikt nie chce podejmować. Strach mieszał się z nadzieją, a słowa lekarzy brzmiały jak wyrok albo ratunek. Po długich rozmowach zdecydowaliśmy z żoną, że zaufamy medycynie i postawimy na determinację. To były dla nas obojga miesiące ogromnej niepewności. Zawsze uważałem, że wszystkie moje medale bardziej należą się mojej żonie niż mnie – i jej siła w tamtym czasie tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Dziś nasza córka jest zdrową, piękną, pełną życia młodą kobietą – wspaniałą sportsmenką, tańczącą i trenującą akrobatykę.
A ja? W Afganistanie każdego dnia wychodziłem na patrol z jedną myślą: muszę wrócić do nich. Tam ginęli moi koledzy, każdy wyjazd mógł być ostatnim. Rozdarcie między rodziną a służbą było jak kamień na piersi, którego nie dało się zrzucić. To tam zrozumiałem, że człowiek dojrzewa dopiero wtedy, gdy jego decyzje ważą więcej niż on sam.
Skąd wzięła się inicjatywa „Wyzwanie Stu”?
W pewnym momencie stwierdziłem, że muszę w końcu zrobić coś, co naprawdę będzie miało sens – coś, co nada moim treningom kierunek i będzie dla mnie silną motywacją. Z natury lubię stawiać sobie konkretne cele i dotrzymywać danego sobie słowa, bo wiem, że siebie raczej nie zawiodę. Pomyślałem więc: skoro mogę zrobić coś dobrego dla siebie, to dlaczego nie połączyć tego z czymś dobrym dla innych?
Zauważyłem wtedy, że wiele zbiórek dotyczy zwierząt – i to oczywiście bardzo ważne, ale jednocześnie widziałem, jak trudno jest zebrać środki na leczenie niektórych dzieci, szczególnie wtedy, gdy ich historia nie jest nagłośniona. Miałem niedaleko znajomych, których dziecko ciężko zachorowało. Oni niemal nie mogli uzbierać pieniędzy, bo nikt o ich sytuacji nie słyszał. To mnie uderzyło. Pomyślałem, że skoro sport to w zasadzie jedyna rzecz, którą w życiu naprawdę potrafiłem, to może właśnie przez sport mogę dać coś od siebie.
Tak powstała idea: 100 dni treningu, 100 dni rezygnacji ze złych nawyków lub nałogów i 100 dni wpłat – po złotówce dziennie – na leczenie konkretnego dziecka. Pieniądze trafiają bezpośrednio na oficjalne konto dziecka, założone przez rodziców lub odpowiednią organizację, tak żeby żadna złotówka nie przechodziła przez moje ręce. Chodziło o pełną transparentność.
Założenie było proste: trenujesz codziennie przez 100 dni, przez 100 dni rezygnujesz z czegoś, co chcesz zmienić (np. słodyczy), przez 100 dni wpłacasz po złotówce dziennie na leczenie dziecka.
Złotówka to niewiele, ale po 100 dniach tworzy konkretną sumę. Dla jednych to mały koszt, dla innych większy – dlatego wprowadziłem możliwość robienia wpłat co 10 dni, po 10 zł. Można było oczywiście wpłacić całość od razu.
Żeby jednak uniknąć „kombinowania”, stworzyłem też małą furtkę – albo raczej konsekwencję. Jeżeli ktoś opuścił trening, złamał postanowienie albo po prostu dopadło go lenistwo, nie było problemu. Mógł kontynuować, ale honorowo musiał wpłacić dodatkowe 10 zł na leczenie dziecka. To była taka motywacja dla tych, którzy czasem przegrywają z własną słabością.
Na początku było nas tylko 6–7 osób. Wszystko zaczęło się bardzo kameralnie. Ale dzięki poczcie pantoflowej i mediom społecznościowym grupa rosła błyskawicznie. Dołączali kolejni ludzie, niosąc dalej ideę wyzwania. Z czasem pomagaliśmy jednemu dziecku, potem drugiemu, trzeciemu… Dziś mamy już na koncie 12 albo 13 dzieci, którym wspólnie udało nam się okazać wsparcie – trochę odciążyć rodziców, trochę przyspieszyć powrót do zdrowia.
Jak reagują osoby, które dołączają do wyzwania? Czy widzisz w nich podobną zmianę, jaką sam przeszedłeś?
Zdecydowanie tak. Te zmiany są naprawdę widoczne. Weźmy pod uwagę, że to nie jest kilkudniowy zryw, tylko ponad trzy miesiące konsekwentnego działania. Dla wielu osób to zupełna rewolucja – wcześniej kończyli pracę, siadali przed komputerem albo telewizorem, sięgali po chipsy i kolejną puszkę coli. A tu nagle odrzucają te nawyki, ograniczają puste kalorie i do tego zaczynają się ruszać.
Założyliśmy minimum 30 minut ruchu dziennie – nieważne, czy to był bieg, siłownia, spacer czy cokolwiek innego. Dla kogoś, kto wcześniej nie robił nic, takie połączenie zdrowych wyborów i regularnej aktywności już po trzech miesiącach przynosi ogromne rezultaty. Dostawałem maile: „Czarek, dzięki Tobie schudłem 10–12 kilo, poprawiły mi się wyniki badań, czuję się lepiej, młodziej”. A ja zawsze odpowiadałem: „Ej, podziękujcie sobie, nie mnie. Ja dałem Wam tylko łopatę – to Wy wykopaliście ten dół”.
Czy widzisz w uczestnikach także zmianę w podejściu, jakąś nową dyscyplinę?
Tak, i to jest w tym najfajniejsze. Wielu z nich czuje, że coś komuś obiecali. Jak mówiłem na początku – robiąc coś dobrego dla siebie, jednocześnie robisz coś dobrego dla innych. A czasem odwrotnie: robiąc coś dobrego dla innych, jesteś w stanie w końcu zrobić coś dobrego dla siebie.
I żeby to miało sens, żeby przyniosło realne efekty, to musi działać w obie strony. Tak samo jak w miłości czy przyjaźni – nic nie da, że Ty kogoś kochasz, jeśli ta osoba tego nie odwzajemnia. Nic nie da, że chcesz być czyimś przyjacielem, jeśli ta osoba nie chce być Twoim. Sukces jest wtedy, kiedy ta wymiana działa w dwie strony. Jeśli tylko w jedną, to jest utopia.

Gdzie tkwi siła tej akcji? W sporcie, w dyscyplinie, w empatii czy w poczuciu wspólnoty?
Myślę, że we wszystkim po trochu. Żyjemy w czasach, w których coraz częściej zatracamy to, co naprawdę ważne. Gonimy za nowym telewizorem, fajniejszym samochodem, lepszym gadżetem niż ma sąsiad. A zapominamy o fundamentalnej wartości – o zdrowiu. Jest takie powiedzenie: jeśli masz zdrowie, masz tysiąc problemów; jeśli zdrowia nie masz, masz tylko jeden problem. I ludzie często o tym zapominają.
Moment, w którym robimy coś dobrego dla kogoś chorego, kto marzy o tym, by po prostu wstać z łóżka czy pójść pobiegać, a nie może, potrafi ustawić nam wszystko w głowie na nowo. Kiedy widzimy, że my odmawiamy sobie ruchu z lenistwa, a ktoś inny walczy o podstawową sprawność, zaczynamy patrzeć inaczej. Jeszcze mocniej działa to wtedy, gdy choroba dotyka kogoś, kogo znamy lub poznaliśmy osobiście.
Dlatego na początku każdego mojego wyzwania „Ludzie z charakterem” zapraszam rodziców i dzieci – jeśli tylko ich stan na to pozwala – wspólny, symboliczny pierwszy bieg. Chcę, żeby ludzie, którzy przyjdą albo zobaczą to w mediach społecznościowych, uświadomili sobie: to dziecko może już nigdy nie chodzić, potrzebuje naszej pomocy. A ktoś, kto chodzi, kto biega, kto jest zdrowy, może pomyśleć: „Skoro ja mogę się ruszać, to mogę też pomóc, by ono kiedyś mogło”.
Poza tym ogromną rolę odgrywa poczucie wspólnoty. Ludzie lubią być częścią grupy, identyfikować się z ruchem, inicjatywą, społecznością. Lubią czuć, że przynależą i że ich obecność ma znaczenie. Tacy po prostu jesteśmy – i warto to wykorzystać, by robić dobro.
Czy są dzieci lub rodziny, które szczególnie zapadły Ci w serce?
Nie powiedziałbym, że ktoś był „szczególny” w sensie ważniejszy od innych. Pamiętam pierwsze dziecko, dla którego rozpoczęliśmy nasze wyzwanie „STU” – to było symboliczne, pierwsze realne niesienie pomocy. Ale każde kolejne dziecko było dla mnie tak samo istotne. Nie robiłem i nie robię różnic.
Jest jednak jedno dziecko, którego nigdy nie zapomnę – Szymon K. Szymek był synem mojego przyjaciela. Chorował na potworną chorobę. Łamała mu kości, miażdżyła krtań, łamała żebra… To było nieludzkie cierpienie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co przeżywa ojciec, słysząc jak jego dziecko krzyczy: „Tato, pomóż mi”, a on patrzy bezradnie, widząc jak jego syn umiera z bólu… Szymon nie wygrał z chorobą. Ale to jego historia na zawsze została we mnie.
Wojna może złamać albo uszlachetnić. Co zdecydowało, że Ciebie uszlachetniła?
Nie wiem, czy mnie uszlachetniła. Wojna zmienia perspektywę. Uczy patrzeć inaczej na życie, na ludzi, na siebie. Ale nie jestem pewien, czy to „uszlachetnienie”. Na misjach trzeba było podejmować decyzje, które z pewnością nie były szlachetne – szczególnie dla tej drugiej strony konfliktu. Wojna mnie nie złamała, ale też nie uczyniła lepszym. Dała mi natomiast coś innego – zdolność zachowania zimnej krwi w najtrudniejszych sytuacjach.
Czy widzisz siebie jako żołnierza pokoju?
Tak, uważam, że każdy żołnierz powinien nim być. Prawdziwa siła przejawia się w umiejętności chronienia, a nie niszczenia. Choć mówi się: „Lepiej być wojownikiem w ogrodzie niż ogrodnikiem na wojnie”, i rzeczywiście warto nosić w sobie ducha wojownika w czasach pokoju, by nie stanąć bezbronnym w obliczu konfliktu, to jednocześnie powinniśmy pamiętać, że naszym najważniejszym zadaniem jest dążenie do pokoju – nawet wtedy, gdy życie stawia przed nami trudniejsze scenariusze.
Jak łączysz twardość wojownika z wrażliwością człowieka, który pomaga?
To nie są sprzeczności – to się uzupełnia. Żaden prawdziwy żołnierz nie może być pozbawiony wrażliwości. Stereotypy pokazują wojownika jako brutalnego twardziela. Ale to nieprawda. Ludzie lubią oceniać z pozycji widza – jak kibic, który krzyczy z trybun: „No strzelaj, dziad!”. Ale żeby coś naprawdę zrozumieć, trzeba wejść na boisko. Trzeba to przeżyć, poczuć. „Zjeść ten chleb”.
Jan Paweł II powiedział, że „prawdziwa siła rodzi się z miłości i poświęcenia”. Zgadzasz się z tym? Co dla Ciebie znaczy poświęcenie?
Poświęcenie to trudne słowo. Tak samo jak miłość – każdy mówi, ale mało kto rozumie. Dla mnie poświęcenie to moment, gdy stawiasz dobro drugiego człowieka ponad swoje. To może być coś prostego – widzisz ciastko, które lubisz, ale wiesz, że ktoś inny też je lubi. I oddajesz je bez żalu.
Czy poświęciłeś coś w życiu?
Tak – zbyt dużą część życia oddałem pracy, czasem kosztem rodziny. Ale… nie żałuję. Bo gdyby nie te wybory, nie byłbym tu, gdzie jestem.
Jaką lekcję przekazałbyś młodym ludziom – którzy trenują, służą albo dopiero szukają sensu życia?
Mobilizacja to jedno. Ale prawdziwa siła rodzi się z czego innego: z wytrwałości, z dyscypliny, z konsekwencji. Nie ma dróg na skróty. I nie każdy dzień będzie dobry – ale każdy dzień można przeżyć tak, by się nie cofać.
Nie każdy bohater nosi mundur, ale każdy, kto niesie pomoc z odwagą i pokorą, zasługuje na miano bohatera. W świecie pełnym hałasu, są ludzie, których siła tkwi w ciszy – tej, która towarzyszy prawdziwemu poświęceniu. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Marcin Bąk
fot. Paweł Sławiński & Archiwum prywatne


