Zostań członkiem

Otrzymuj najlepsze oferty i aktualizacje dotyczące Magazynu LBQ.

― Reklama ―

spot_img
Strona głównaWywiadyJakub B. Bączek: O redefinicji męskości i siły

Jakub B. Bączek: O redefinicji męskości i siły

Mężczyźni potrzebują nowego wzorca męskości, aby wyrazić siebie. To wraż­liwość, empatia i samoświadomość, a także odwaga, aby szukać pomocy, gdy jest potrzebna, definiuje na nowo mężczyznę naszych czasów. O tym, jakie wyzwania stoją przez mężczyznami i jak mogą odnaleźć sens, opowiada Ja­kub B. Bączek w wywiadzie dla Law Business Quality. 

 

 

W najnowszych badaniach Instytutu Maison & Partners realizowanego dla kampanii „Nie hejtuję – motywuję” wi­dać wyraźnie, że mężczyźni wciąż defi­niują siebie przez pryzmat sukcesu za­wodowego i niezależności finansowej. Czy Twoim zdaniem ta potrzeba bycia „skutecznym i zaradnym” to wciąż zdrowa ambicja, czy już wewnętrzny przymus, który może prowadzić do wypalenia i utraty sensu?

Myślę, że samo dążenie do skutecz­ności i zaradności może być zdrową ambicją – pod warunkiem, że wynika z wartości, a nie z lęku. W pracy z ludź­mi często widzę, że wielu mężczyzn nie tyle chce być skutecznych, ile boi się, że jeśli tacy nie będą, to stracą poczu­cie własnej wartości. I to jest moment, w którym ambicja przestaje wspierać, a zaczyna niszczyć.

Jeżeli sukces zawodowy staje się jedy­ną osią tożsamości, to bardzo łatwo popaść w przymus działania, który kończy się wypaleniem, co niestety coraz częściej obserwujemy. Bo ile można udowadniać światu, że jest się „wystarczającym”? Dlatego dla mnie kluczowe jest zadanie sobie pytania: „Czy robię to z odwagi, czy z presji?” Działanie z odwagi daje energię. Dzia­łanie z presji tę energię odbiera.

Coraz bardziej wierzę też, że współ­czesny mężczyzna potrzebuje redefi­nicji siły. Siłą nie jest to, że wszystko dźwigasz sam. Siłą jest to, że wiesz, kim jesteś również wtedy, gdy nie osiągasz kolejnego zawodowego rekordu. Wtedy ambicja staje się narzędziem rozwo­ju, a nie pułapką, która odbiera sens. Jeśli więc mamy dalej być skuteczni, to najlepiej w zgodzie ze sobą – a nie w pogoni za idealnym obrazem „nie­zniszczalnego faceta”.

Mówi się, że mężczyźni mają dziś ogromny problem z autentycznością – między wizerunkiem silnego lidera a realnym, często zagubionym wnę­trzem. Z Twojej perspektywy trenera mentalnego, jak mężczyzna może po­godzić siłę z wrażliwością, nie tracąc przy tym poczucia własnej wartości?

Myślę, że największy problem nie po­lega na tym, że mężczyźni nie chcą być autentyczni. Problem polega na tym, że przez lata byli uczeni, że autentyczność to słabość. Bo autentyczność, to też emocje, a mężczyznom odmawiano ich pokazywania. I dziś wielu z nich nosi w sobie paradoks: z jednej strony chcą być liderami, z drugiej – boją się poka­zać cokolwiek, co nie mieści się w ar­chetypie „twardego gościa”. Przecież chłopaki nie płaczą…

Z perspektywy treningu mentalne­go kluczowe jest zrozumienie, że siła i wrażliwość nie są przeciwieństwami. One są dwoma kompetencjami, któ­re razem tworzą dojrzałość. Dopiero kombinacja jednego i drugiego daje spójność. Jeśli dla kogoś ważna jest odpowiedzialność, troska, wolność czy kreatywność, to wtedy nie musi odgry­wać postaci „silnego lidera”. Może być po prostu sobą. Wartości są trwalsze niż role. Wrażliwość nie musi oznaczać też nadmiernej ekspresji. Wrażliwość to umiejętność zauważania tego, co się w nas dzieje, i świadomego reagowania, zamiast reagowania automatycznego.

W moim odczuciu prawdziwa auten­tyczność nie zaczyna się od wielkich deklaracji, ale od małego, cichego przekonania: „Mogę być sobą i nadal jestem wystarczający.” I to jest funda­ment, który pozwala łączyć wrażliwość z pewnością siebie bez utraty poczucia wartości.

Najnowsze badania Fundacji W zgo­dzie ze sobą Ilony Adamskiej pokaza­ły, że tylko 4% mężczyzn, którzy nie radzą sobie z presją, decyduje się na rozmowę ze specjalistą. Skąd – mimo rosnącej świadomości psychicznej – wciąż bierze się wstyd przed się­gnięciem po pomoc? Jak możemy to przełamać, szczególnie wśród liderów i przedsiębiorców?

Myślę, że wstyd przed proszeniem o pomoc wciąż ma swoje korzenie w starej, bardzo twardej narracji o męskości: „prawdziwy facet radzi sobie sam”. Nawet jeśli współczesna świadomość psychiczna rośnie, to te głęboko zakorzenione przekonania działają jak niewidzialny program. Wielu mężczyzn – w szczególności liderów i przedsiębiorców – czuje, że przyznanie się do trudności podważy ich autorytet. Że jeśli powiedzą: „nie wyrabiam”, to ktoś uzna ich za słab­szych, mniej kompetentnych, mniej „męskich”. Z perspektywy treningu mentalnego widzę, że w tym miejscu działa nie logika, ale lęk. Lęk przed oceną, przed utratą kontroli, przed odsłonięciem siebie. I dopóki ten lęk nie zostanie nazwany, mężczyzna będzie unikał pomocy, wybierając przeciążenie zamiast ulgi.

Ludzie myślą, że jak ktoś jest topowym sportowcem albo prezesem wielkiej fir­my, to jego życie jest usłane różami. To kłamstwo. W swojej pracy także z takimi osobami często pracuję i oni też się boją, czasami nie radzą z presją środowiska, mediów, fanów. To jest normalne i natu­ralne dla każdego człowieka, niezależnie od statusu i zasobności portfela.

Jak więc przełamać ten sposób myśle­nia, strach przed proszeniem o wspar­cie, szczególnie wśród liderów? Musimy normalizować pomoc jako kompetencję, nie słabość. Najlepsi li­derzy wiedzą, że proszenie o wsparcie jest elementem higieny psychicznej, tak samo jak delegowanie w biznesie. To decyzja strategiczna, nie emocjo­nalna. Powinniśmy także stworzyć kul­turę, w której liderzy mogą być ludźmi, a nie pomnikami. Gdy w firmie jest przestrzeń na rozmowę o emocjach, trudnościach, granicach i dobrostanie, wstyd traci swoją moc.

Dla mnie kluczowe jest jedno zdanie, które często powtarzam: prawdziwa siła nie polega na tym, że nie upadasz – tylko na tym, że wiesz, kiedy poprosić o rękę, która pomoże ci wstać.

Często podkreślasz w swoich wystą­pieniach, że prawdziwa siła mężczyzny to nie twardość, lecz odwaga do mó­wienia o emocjach. Jak oceniasz skalę problemu depresji i samobójstw wśród mężczyzn? Czy społeczne oczekiwania wobec „męskiej nieomylności” mogą być jednym z czynników, które do tego prowadzą?

Myślę, że skala problemu depresji i sa­mobójstw wśród mężczyzn jest znacz­nie większa, niż większość z nas chce przyznać. Nie musimy znać dokładnych statystyk, by zobaczyć, że zjawisko jest poważne: mężczyźni częściej tłumią emocje, później zgłaszają się po pomoc i częściej wybierają destrukcyjne stra­tegie radzenia sobie ze stresem. To nie wynika z biologii, ale z kultury.

Od najmłodszych lat wielu chłopców słyszy: „nie płacz”, „bądź twardy”, „za­łatw to sam”. I kiedy taki chłopiec dora­sta, trudno mu później powiedzieć: „jest mi ciężko”, „potrzebuję wsparcia”, „czu­ję się zagubiony”. Ten brak przestrzeni na emocje zamienia się w milczenie – a milczenie bywa bardzo obciążające. W moim odczuciu społeczne oczeki­wania wobec „męskiej nieomylności” są jednym z najważniejszych czynników ryzyka. Dlatego tak często powtarzam (i powtarza też wielu trenerów mental­nych czy psychologów), że prawdziwa siła nie polega na nieodczuwaniu emo­cji, tylko na odwadze, by o nich mówić. Wrażliwość nie odbiera męskości – ona ją dopełnia. Powinniśmy odejść od kultu „niezniszczalnego mężczyzny”, bo on po prostu nie istnieje.

Z raportu Fundacji W zgodzie ze sobą wynika, że dla 80% mężczyzn najważniejszym celem życiowym jest szczęśliwa rodzina. Czy Twoim zdaniem współczesny mężczyzna rzeczywiście zaczyna szukać równowagi między ka­rierą a życiem osobistym, czy to wciąż bardziej deklaracja niż realna zmiana?

Myślę, że to, co widzimy dziś w dekla­racjach mężczyzn, to sygnał bardzo ważnej zmiany, ale jeszcze nie w pełni zakończonej. Tak, zdecydowana więk­szość mężczyzn mówi, że szczęśliwa rodzina jest dla nich priorytetem. I wie­rzę, że to nie jest pusty slogan. Coraz więcej mężczyzn naprawdę chce być obecnych, zaangażowanych, bliskich swoim partnerkom i dzieciom. Chcą być nie tylko „żywicielami”, ale też emocjo­nalnymi towarzyszami życia. Role się bardzo zmieniły, kobiety słusznie dba­ją o swój rozwój i karierę zawodową, często nie chcąc rezygnować z rodzi­ny. Naturalne jest, że mężczyzna musi także angażować się w każdy aspekt życia i naprawdę mężczyźni to robią, mimo że często w domu nie mieli ta­kiego wzoru, bo ojciec chodził tylko do pracy, a cały dom był na głowie matki. To się zmienia.

Dlatego często mężczyźni chcą rów­nowagi, ale boją się ją wdrożyć. Albo nie wiedzą, jak to zrobić, nie tracąc po­czucia bezpieczeństwa i sprawczości. Praca jest zatem często wyznacznikiem ich „męskości”. Jesteśmy tu w procesie zmiany, która nie jest łatwa dla żadnej płci, jest jednak w obecnych czasach konieczna.

Przez lata pracowałeś (i wciąż pracu­jesz) z ludźmi sukcesu – sportowcami, menedżerami, przedsiębiorcami. Co najbardziej zaskakuje Cię w ich we­wnętrznym świecie? Z jakimi emocja­mi najczęściej się zmagają ci, którzy z zewnątrz „mają wszystko”?

To, co najbardziej mnie zaskakuje w świecie ludzi sukcesu, to ogromna rozbieżność między tym, co widzimy na zewnątrz, a tym, co naprawdę w nich gra. Z zewnątrz wygląda to imponują­co: świetne wyniki, prestiż, pieniądze, wpływ. A w środku często dzieje się coś zupełnie innego. Najbardziej uderza­jące jest to, że wielu z nich zmaga się z emocjami, o które nikt by ich nie po­dejrzewał – jak lęk przed utratą, presja ciągłego dowożenia, samotność, strach przed byciem ocenianym czy uznanym za słabego.

To jest chyba najbardziej ludzkie w ich świecie – fakt, że pod warstwą spektakularnych osiągnięć kryją się te same emocje, które ma każ­dy z nas. Tylko że oni rzadziej mogą o nich powiedzieć głośno. Dlatego tak ważne jest, żeby w ich życiu pojawiała się choć jedna przestrzeń, w której nie muszą być „niezniszczalni”. Bo to właśnie ta przestrzeń często pozwala im znowu poczuć sens, a nie tylko obowiązek.

Twoje nazwisko jest dziś jedną z naj­mocniejszych marek w polskim rozwo­ju osobistym. Jak udało Ci się zbudo­wać markę opartą na autentyczności i zaufaniu, w świecie, w którym wielu wciąż sprzedaje „sukces w trzy dni”?

Myślę, że w świecie rozwoju osobistego autentyczność staje się dziś najwięk­szym wyróżnikiem – właśnie dlatego, że wokół jest tak dużo obietnic szybkiego sukcesu. Ludzie coraz łatwiej odróżnia­ją marketing od prawdziwej pracy nad sobą. I chyba to jest fundament każdej silnej marki: spójność między tym, co się mówi, a tym, jak się żyje.

Z mojej perspektywy na budowanie zaufania składa się kilka elementów, mówienia prawdy o procesie – a nie o „magicznych skrótach”. Nie ma suk­cesu w trzy dni. Nie ma odporności psychicznej po jednym szkoleniu. Nie ma zmiany bez pracy nad sobą.

Myślę, że ludzie też bardzo doceniają, że pokazuję nie tylko efekty, ale też drogę do nich. Śmieję, się, że jestem wyjątkowy, jeśli chodzi o trenerów, bo nie tylko mówię, co robić, ale napraw­dę to robię. Nie chcę, aby to brzmiało jakoś krytycznie, ale niestety w branży jest wiele osób, które szkolą, a wcale w prywatnym życiu nie posiadają oni żadnych sukcesów, do których sami doszli. U mnie jest inaczej. Moja histo­ria sama w sobie jest dowodem na to, co staram się przekazać słuchaczom.

Wrażliwość, empatia i samoświado­mość stają się dziś nową walutą w biz­nesie. Czy uważasz, że właśnie te cechy będą w przyszłości wyróżniały liderów, którzy inspirują, zamiast dominować?

Zdecydowanie tak. Patrząc z perspek­tywy pracy trenera mentalnego, widać wyraźnie, że siła lidera przestaje być mierzona samym autorytetem czy po­zycją, a zaczyna być oceniana przez jakość relacji, jakie potrafi budować.

Wrażliwość, empatia i samoświado­mość stają się dziś narzędziami sku­tecznego przywództwa, bo pozwalają rozumieć ludzi, a nie tylko nimi zarzą­dzać. Dobry lider wie, jak reagować w przypadku trudnej sytuacji u pra­cowników. Dba o siebie, a to pozwala mu zadbać o innych. Podejmuje de­cyzje w zgodzie ze sobą i zespołem. Wszyscy mamy uczucia i prawo do nich, liderzy, szefowie także.

Z mojej perspektywy w nadchodzą­cych latach ci liderzy, którzy będą umieli łączyć odwagę, kompetencje i wrażliwość, nie tylko osiągną lep­sze wyniki, ale też pozostawią po sobie trwałe dziedzictwo w zespołach i organizacjach.

Innymi słowy, dominacja przestaje im­ponować – inspiracja przyciąga.

Jak definiujesz dziś „męską skutecz­ność” w przywództwie?

Z mojej perspektywy „męska skutecz­ność” w przywództwie nie polega już na samej sile, kontroli czy liczbie wygra­nych bitew biznesowych. Dziś definiuję ją jako zdolność do osiągania celów w sposób, który łączy odpowiedzial­ność, odwagę i autentyczność. Musimy być odpowiedzialni za siebie i innych, nie tylko za same wyniki, tabelki. Mamy prawo do błędów i musimy nauczyć się do nich przyznawać. Nawet mi się to zdarza i potrafię już przyznać się, że nie każdy biznes w mojej karierze był strzałem w dziesiątkę. Ważne jak to wykorzystamy, jaką naukę wyniesiemy i w jaki sposób naprawimy.

Dla mnie więc „męska skuteczność” to połączenie siły z wrażliwością, deter­minacji z empatią. Nie chodzi o domi­nację czy imponowanie innym, tylko o realne tworzenie efektów i wpływu przy zachowaniu szacunku do siebie i innych.

Rozmawiała: Ilona Adamska

Jakub B. Bączek

Twórca Akademii Trenerów Mentalnych™, trener mentalny olimpijczyków i złotych siatkarzy, mówca numer 1 w Polsce i przedsiębiorca, który udowodnił swoją skuteczność m.in. w takich projektach jak, STAGEMAN, JBB, Wakacje w Sarandzie czy #MentalPower. Były zawodowy siatkarz. Autor ponad 20 książek i artykułów nt. psychologii, biznesu, turystyki, socjologii, oligofrenopedagogiki i treningu mentalnego, w tym kilku bestsellerów.

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.