Są w życiu momenty, które przychodzą bez zapowiedzi. Nie pytają, czy jesteś gotowy. Po prostu się wydarzają. Nagle okazuje się, że wszystko, co wydawało się poukładane, zaczyna się chwiać. Świat na zewnątrz wygląda dokładnie tak samo, ale w środku czujesz, że coś się zmieniło.
Pamiętam takie dni, kiedy wracałem do domu i siedziałem jeszcze kilka minut w samochodzie. Silnik był już wyłączony, wokół panowała cisza, a ja wiedziałem, że za chwilę otworzę drzwi i wszystko będzie wyglądało tak samo jak zawsze. Problem polegał na tym, że we mnie nic już nie było takie samo. Czułem, że kończy się pewien etap mojego życia, choć nie znałem jeszcze odpowiedzi na pytania, które właśnie zaczynałem sobie zadawać.
Dzisiaj, kiedy za chwilę skończę pięćdziesiąt jeden lat, patrzę na tamten moment z wdzięcznością. Wtedy wydawał się końcem. Dzisiaj wiem, że był początkiem. To właśnie takie chwile uczą nas najwięcej, choć wcale nie prosimy o te lekcje.
Nie piszę tego jako człowiek, który odkrył receptę na życie. Każdy z nas patrzy na świat przez pryzmat innych wartości i innej historii. Piszę o tym, co przeżyłem i jak ukształtowało to moje spojrzenie na świat. Chcę po prostu podzielić się drogą, która doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj.
Pracuję w biznesie od wielu lat. Przechodziłem kolejne etapy zawodowej drogi i choć dzisiaj nie zajmuję już stanowiska dyrektorskiego, wciąż jestem częścią tego świata. Znam jego procesy, bolączki i perspektywy patrzenia na biznes z wielu różnych stron. Staram się otaczać wartościowymi ludźmi, niezależnie od stanowiska, jakie zajmują. Z czasem zrozumiałem, że od każdego można się czegoś nauczyć, a największym wyzwaniem nigdy nie było zarządzanie innymi. Najtrudniej jest nauczyć się zarządzać samym sobą.
Są decyzje, których nikt nie chce podejmować. Takie, które z perspektywy organizacji są konieczne, ale z perspektywy człowieka pozostają trudne. Nie oczekuję, że każdy zrozumie wybory, których dokonywałem. Dzisiaj wiem jedno: gdybym wrócił do tamtych sytuacji z wiedzą, którą miałem wtedy, prawdopodobnie podjąłbym te same decyzje. Nie dlatego, że były idealne, tylko dlatego, że na tamtym etapie mojego życia były najlepszymi, jakie potrafiłem podjąć. Odpowiedzialność rzadko bywa wygodna. Czasami oznacza podjęcie decyzji, z którą sam zostajesz na długo.
Zarządzanie ludźmi opiera się na zaufaniu, a to nie zawsze wystarcza, bo ludzie są różni i nie z każdym da się zbudować to, co próbujemy stworzyć. Zwalnianie kogoś jest częścią tej pracy i zdarzały mi się takie sytuacje. Z zewnątrz bycie szefem często kojarzy się z dobrym samochodem, własnym biurem czy prestiżem. Rzadko ktoś widzi drugą stronę, czyli samotność w podejmowaniu decyzji i wyzwania, z którymi zostajesz sam, bo nikomu innemu nie możesz ich przekazać.
Biznes nauczył mnie odpowiedzialności, ale też dywersyfikacji. To proste podejście znane każdemu, kto choć trochę interesuje się inwestowaniem: nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę. Kiedy jeden obszar przeżywa trudniejszy okres, pozostałe pomagają utrzymać stabilność. Z biegiem lat zrozumiałem, że dokładnie tak samo jest w życiu.
Dyrektorem się bywa. Człowiekiem jest się zawsze. Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem znaczenie tego zdania. Może właśnie dlatego nigdy nie chciałem budować swojego życia wyłącznie wokół pracy. Zawsze czułem, że potrzebuję czegoś więcej: zdrowia, ruchu, rozwoju, przyjaźni, bliskich osób, pasji, chwil ciszy. Wszystkiego, co pozwala zachować równowagę, kiedy życie znowu wystawia rachunek.
Lubię porównywać życie do pizzy. Składa się z wielu kawałków i każdy ma swoje znaczenie. Dla mnie są nimi praca, zdrowie, sport, rozwój, bliskie osoby, przyjaźnie, uważność i pasje. Każdy układa swoją życiową pizzę inaczej i nie ma w tym nic złego. Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy całe życie budujemy na jednym kawałku. Wystarczy, że zacznie się kruszyć, a mamy wrażenie, że rozpada się wszystko. Warto świadomie dbać o wszystkie swoje filary. To one pozwalają zachować równowagę wtedy, kiedy życie wystawia nas na próbę.
Jednym z filarów mojego życia od zawsze był sport. Z biegiem lat dołączyły do niego sztuki walki, które trenuję od ponad trzydziestu lat. Nigdy nie były dla mnie wyłącznie sposobem na poprawę kondycji czy naukę technik. Stały się szkołą charakteru. Uczyły dyscypliny, cierpliwości, pokory i szacunku. Na macie bardzo szybko okazuje się, że nie mają znaczenia stanowiska, tytuły ani sukcesy zawodowe. Liczy się to, ile pracy wykonałeś i czy potrafisz z pokorą przyjąć kolejną lekcję.
Z czasem odkryłem, że jeszcze większą wartość niż sam trening daje możliwość nauczania innych. Każdy człowiek rozwija się w swoim tempie, każdy ma inne możliwości i inną historię. Rolą trenera nie jest stworzenie własnych kopii, tylko pomoc drugiemu człowiekowi w odnalezieniu jego własnej drogi. Paradoksalnie to właśnie dzięki nauczaniu sam nauczyłem się najwięcej.
Ogromny wpływ na to, kim jestem dzisiaj, mieli również moi rodzice. Dopiero z perspektywy lat zrozumiałem, jak wiele im zawdzięczam. W pewnym momencie pozwolili mi podejmować własne decyzje, popełniać błędy i ponosić ich konsekwencje. Nie chronili mnie przed każdym upadkiem, tylko dali mi przestrzeń, żebym sam uczył się życia. W tamtym czasie nie zawsze to rozumiałem. Dzisiaj wiem, że był to jeden z największych darów, jakie mogłem od nich otrzymać.
Wobec rodziców zawsze można mieć jakieś zastrzeżenia. Każdy z nas mógłby wskazać coś, czego zabrakło, albo coś, co wyglądałoby inaczej, gdyby wiedzieli więcej. Ja jednak wolę patrzeć na to z innej strony. Moi rodzice dali mi to, co najlepsze, na co ich było stać, z wiedzą, wzorcami i możliwościami, jakie oferował im wtedy świat. Sami też byli tylko ludźmi, ze swoimi ograniczeniami i historią, której nie wybrali. Warto skupić się na tym, co dostaliśmy, a nie na szukaniu, czego zabrakło.

Kiedy sam zostałem ojcem, wiele rzeczy nabrało zupełnie innego znaczenia. Narodziny moich dzieci były jedną z najważniejszych lekcji mojego życia. Po raz pierwszy poczułem odpowiedzialność, której nie da się porównać z żadną inną. Trzymając na rękach małego człowieka, uświadamiasz sobie, że od tej chwili ktoś całkowicie ci ufa. Zrozumiałem wtedy, że nie wychowujemy dzieci po to, żeby były takie jak my. Naszym zadaniem jest stworzyć im warunki, w których mogą odkryć, kim naprawdę są. Dać im wartości, poczucie bezpieczeństwa i odwagę do podejmowania własnych decyzji. Pozwolić im być sobą. Myślę, że właśnie to chcieli przekazać mi moi rodzice i to samo staram się przekazać swoim dzieciom.
Życie nie składa się jednak wyłącznie z pięknych chwil. Jednym z doświadczeń, na które nigdy nie jesteśmy przygotowani, jest choroba bliskiej osoby. W takich momentach zmienia się cały świat wokół niej. Pojawia się napięcie, lęk, bezradność i poczucie, że wchodzisz w obszar, którego wcześniej nie znałeś. Trzeba podejmować decyzje, walczyć z przeciwnościami, czasami z systemem, a przede wszystkim z własnymi emocjami. To właśnie wtedy zrozumiałem, że nie zawsze trzeba znać odpowiedź na wszystkie pytania. Czasami wystarczy zrobić pierwszy krok, potem kolejny i jeszcze jeden. Bezruch nigdy nie jest rozwiązaniem. Działanie nie daje gwarancji sukcesu, ale daje nadzieję, a nadzieja często okazuje się początkiem siły, o której wcześniej nie mieliśmy pojęcia.
Patrząc dzisiaj na swoje życie, wiem, że to właśnie najtrudniejsze doświadczenia nauczyły mnie cierpliwości, pokory i wdzięczności. Nie za to, że się wydarzyły, ale za to, czego mnie nauczyły. Dzięki nim jeszcze mocniej doceniam zdrowie, czas spędzony z bliskimi, przyjaźnie i zwykłe chwile, które kiedyś wydawały się oczywiste. Zrozumiałem, że życie nie toczy się jutro ani wtedy, kiedy wszystko będzie już poukładane. Ono dzieje się dokładnie tu i teraz. Warto być w nim naprawdę obecnym.
Z biegiem lat coraz częściej dochodziłem do wniosku, że największą wartością nie są odpowiedzi, ale ludzie, których spotykamy po drodze. To oni stają się naszym lustrem. Czasami utwierdzają nas w przekonaniu, że idziemy we właściwym kierunku, innym razem pokazują coś, czego sami nie chcemy albo jeszcze nie potrafimy dostrzec. Dzisiaj świadomie otaczam się ludźmi, którzy mają odwagę powiedzieć: „zatrzymaj się”, „spójrz na to z innej perspektywy”, „przemyśl to jeszcze raz”. Nie dlatego, że zawsze mają rację, ale dlatego, że pomagają mi spojrzeć szerzej.
Z wiekiem coraz bardziej przekonuję się, że jedną z najważniejszych umiejętności jest słuchanie. Nie po to, żeby odpowiedzieć, ale po to, żeby zrozumieć. W biznesie, w relacjach, w przyjaźni i w codziennym życiu. Często jedno dobrze zadane pytanie ma większą wartość niż najdłuższa rada. Im mniej próbuję mieć rację za wszelką cenę, tym więcej się uczę.
Ogromną wartość mają dla mnie przyjaźnie oparte nie na częstych spotkaniach czy wspólnych zdjęciach, ale na szczerości i zaufaniu. Prawdziwy przyjaciel to ktoś, kto wie o nas więcej niż większość ludzi wokół nas i mimo to zostaje. Nie każdy ma takie szczęście, żeby spotkać taką osobę wcześnie. Czasami trzeba jej szukać, a czasami czeka się na nią całe życie, żeby w końcu poczuć, czym naprawdę jest jej obecność i wsparcie. Warto jednak nie przestawać jej szukać, bo mało co daje tyle siły, co świadomość, że mamy przy sobie kogoś, komu możemy zaufać bez zastrzeżeń. Mam wokół siebie ludzi, którzy potrafią mnie zatrzymać, kiedy za bardzo się rozpędzam, i powiedzieć mi coś, czego może nie chcę usłyszeć, ale czego akurat wtedy potrzebuję. Tak samo staram się być obecny dla nich. Prawdziwa przyjaźń nie polega na ciągłym przytakiwaniu. Polega na odwadze bycia szczerym i na obecności wtedy, kiedy życie stawia przed nami kolejne wyzwania.
Jednym z miejsc, które stały się częścią mojej drogi, są Męskie Kręgi. Nie traktuję ich jako celu ani najważniejszego etapu mojego życia, tylko jako jedną z części mojej układanki. To przestrzeń, w której mogę dzielić się swoim doświadczeniem, ale też sporo czerpać od innych. Spotykam tam mężczyzn z różnymi historiami, różnym bagażem doświadczeń i różnym spojrzeniem na świat. Za każdym razem wychodzę z takiego spotkania bogatszy o nową perspektywę. Czasami daję wsparcie, innym razem sam je otrzymuję i właśnie ta wymiana ma dla mnie największą wartość.
Patrząc na swoje życie z dzisiejszej perspektywy, widzę, że wszystkie jego obszary zaczęły tworzyć jedną całość. Biznes nauczył mnie odpowiedzialności. Sport i sztuki walki, dyscypliny i pokory. Rodzice, samodzielności. Ojcostwo, bezwarunkowej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Trudne doświadczenia, cierpliwości i wiary, że nawet po najcięższych chwilach można się podnieść. Przyjaźnie przypominają mi, że nikt z nas nie musi iść przez życie samotnie.
To właśnie z tych doświadczeń narodziło się moje spojrzenie na życie, które z czasem nazwałem Strong After. To nie jest metoda ani gotowy przepis na życie. Nie oczekuję, że każdy będzie patrzył na świat tak jak ja. To po prostu droga, którą sam przeszedłem, oparta na odpowiedzialności, uważności, autentyczności, pracy nad sobą i przekonaniu, że największe zmiany zaczynają się od małych, ale konsekwentnych działań.
Wierzę, że każdy z nas ma wpływ na swoje życie. Nie na wszystko, co go spotyka, ale na to, jak na to odpowie. Nie mamy wpływu na każdą stratę, chorobę czy życiowy zakręt. Mamy jednak wpływ na decyzję, czy zostaniemy w miejscu, czy zrobimy kolejny krok. Właśnie dlatego przestałem porównywać się z innymi. Każdy z nas ma własne tempo, własne doświadczenia i własną drogę. Zazdrość i zawiść odbierają energię, którą wolę przeznaczyć na rozwój, relacje i budowanie życia w zgodzie ze sobą.
Moi mentorzy powtarzali mi, że każda życiowa szansa jest jak pociąg. Można do niego wsiąść albo zostać na peronie, i często to nie brak okazji nas powstrzymuje, tylko brak odwagi, żeby zrobić krok w jego stronę. Wiem, że nie każdy dostaje w życiu te same szanse. Nie mamy wpływu na to, w jakim kraju i w jakiej rodzinie dorastamy, ani na to, jak bardzo otoczenie nas ogranicza albo wspiera. Nie piszę o tym, żeby to zbawiać świat czy udawać, że wszystkim jest tak samo łatwo, bo wiem, że bywa różnie. Dzielę się po prostu swoją perspektywą, świadomy, że są ludzie, którzy mają lepiej, i tacy, którzy mają gorzej. Chcę jednak zwrócić uwagę na coś, co uważam za jedną z ważniejszych umiejętności, jakie warto w sobie wyrobić: zdolność dostrzegania trampolin i szans tam, gdzie inni widzą tylko przeszkodę. Z czasem zrozumiałem też, że każda trudność, jaka nas spotyka, jest w gruncie rzeczy informacją. Pokazuje, gdzie naprawdę jesteśmy, co już wiemy, a czego wciąż musimy się nauczyć. Zamiast więc traktować trudne chwile wyłącznie jako przeszkodę, staram się w nich szukać wskazówki, dokąd mam iść dalej.
Nie zawsze łatwo było mi znaleźć w sobie tę odwagę. Wielokrotnie czułem strach, który mnie paraliżował, i nie wiedziałem, czy to, dokąd zmierzam i co zamierzam zrobić, w ogóle ma sens. Nie każdy popierał moje wybory i decyzje. Z czasem zrozumiałem jednak, że ten pierwszy ruch muszę wykonać sam. Nikt inny mi w tym nie pomoże i nikt nie zrobi go za mnie. Może właśnie dlatego jestem człowiekiem, który stawia na własne tempo i na decyzje podjęte w głowie, konsekwentnie realizowane, nawet jeśli czasem trwa to dłużej, niż bym chciał. W takim własnym rytmie czuję się najlepiej.
Od dawna towarzyszy mi zdanie: Growth Has No Age. Nie traktuję go jak hasła, tylko jako przypomnienie, że rozwój nie kończy się wraz z wiekiem. Kończy się dopiero wtedy, kiedy przestajemy być ciekawi świata, ludzi i samych siebie. Dopóki chcę się uczyć, słuchać, doświadczać i rozwijać, dopóty wiem, że wciąż jestem w drodze. I chyba właśnie to daje mi największy spokój.
Za chwilę skończę pięćdziesiąt jeden lat. Gdybym miał dzisiaj porozmawiać z młodszą wersją siebie, nie powiedziałbym jej, jak uniknąć błędów. Powiedziałbym tylko, żeby nie bała się ich popełniać. To one, obok dobrych decyzji, ukształtowały człowieka, którym jestem dzisiaj. Nie zmieniłbym swojej drogi. Oczywiście są momenty, które bolały. Są decyzje, które miały swoją cenę. Są doświadczenia, których nikomu bym nie życzył. Mimo to wiem, że każde z nich dołożyło kolejny element do układanki mojego życia. Bez nich nie patrzyłbym dzisiaj na świat w taki sposób.
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że życie jest piękne, choć wcale nie jest łatwe. Jest piękne dlatego, że nieustannie daje nam szansę, aby coś zrozumieć, coś zmienić, komuś wybaczyć, za coś podziękować albo po prostu zacząć od nowa. Czasami potrzeba do tego odwagi, czasami pokory, a czasami wystarczy pierwszy, niewielki gest.
Gdybym miał wybrać przesłanie, które najbardziej chciałbym, żeby ktoś wyniósł z mojej historii, byłoby to przekonanie, że zawsze jest jakieś wyjście. Nawet kiedy wydaje się, że go nie ma. Sam przechodziłem momenty, w których nie widziałem drogi dalej, kiedy choroba bliskiej osoby, trudna decyzja czy koniec pewnego etapu życia zabierały mi grunt spod nóg. Za każdym razem okazywało się jednak, że wyjście istnieje, tylko czasami trzeba je znaleźć powoli, krok po kroku, a nie od razu. Czasami wygląda zupełnie inaczej niż się spodziewaliśmy, ale zawsze jest.
Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek doceniam ludzi. Bliskie osoby. Przyjaciół, którzy potrafią powiedzieć mi prawdę, nawet jeśli nie zawsze jest wygodna. Ludzi, którzy zostają nie tylko wtedy, kiedy wszystko się układa, ale również wtedy, gdy życie ponownie mówi: „sprawdzam”. Przypominają mi, że siła człowieka to nie tylko radzenie sobie samemu. To także umiejętność przyjęcia wsparcia i odwaga, by czasami powiedzieć: „potrzebuję pomocy”.
Wciąż mam marzenia. Chcę się rozwijać, poznawać ludzi, trenować, podróżować i dzielić się swoim doświadczeniem. Nie dlatego, że uważam, iż znalazłem odpowiedzi na wszystkie pytania. Wręcz przeciwnie: im więcej wiem, tym większą mam świadomość, jak wiele jeszcze przede mną. I właśnie ta ciekawość świata daje mi energię do działania.
Jeżeli jest coś, czym naprawdę chciałbym podzielić się z drugim człowiekiem, to nie gotowe odpowiedzi, ale sposób patrzenia na życie, który wypracowałem przez lata. Dla mnie Strong After nie jest nazwą projektu ani hasłem. To moje osobiste spojrzenie na świat. Przypomnienie, że nawet po najtrudniejszych doświadczeniach można odnaleźć w sobie siłę, odbudować spokój i pójść dalej. Nie od razu, czasami bardzo powoli, ale zawsze własnym tempem.
Jeżeli moja historia sprawi, że choć jedna osoba zatrzyma się na chwilę, spojrzy z większą uważnością na swoje życie, doceni ludzi, których ma obok siebie, albo odważy się zrobić pierwszy krok w kierunku zmiany, będę miał poczucie, że warto było się nią podzielić.
Ten tekst pokazuje zaledwie kilka fragmentów mojego życia, ale pisząc go, sam zdałem sobie sprawę, jak wiele już miałem okazję przeżyć, doświadczyć i poczuć. I jak wielkim darem jest to, że wciąż mam tę możliwość. Że mogę dalej żyć, doświadczać i uczyć się każdego kolejnego dnia.
Nie wiem, ile razy życie powie mi jeszcze „sprawdzam”. Wiem natomiast, że chcę nadal żyć świadomie. Dbać o wszystkie filary mojego życia. Być obecnym dla bliskich. Uczyć się. Słuchać. Rozwijać się. Nie bać się zmian i z pokorą przyjmować kolejne lekcje.
Bo ostatecznie nie chodzi o to, ile razy upadniemy.
Liczy się to, ile razy odważymy się wstać.
I czy po drodze nie zgubimy samych siebie.
Strong After
Masz wpływ.
Nie na wszystko, co przyniesie życie.
Masz wpływ na to, jaką odpowiedź mu dasz.

Jakub Kufel – od wielu lat pracuje w biznesie, z uważnością na drugiego człowieka. Jest trenerem mentalnym, pasjonatem sportu i sztuk walki, które trenuje od ponad trzydziestu lat. Moderuje Męskie Kręgi Fundacji Masculinum w Bydgoszczy.
Od lat rozwija własne spojrzenie na życie, które z czasem nazwał Strong After. Nie traktuje go jako metody ani gotowej recepty, ale jako efekt doświadczeń, refleksji i konsekwentnej pracy nad sobą. Wierzy, że życie warto budować na wielu filarach: odpowiedzialności, autentyczności, uważności, relacjach, zdrowiu, rozwoju i odwadze podejmowania małych, konsekwentnych działań.
Uważa, że dzisiaj kluczowe jest budowanie odporności psychicznej i relacji opartych na dobrych wzorcach. Stawia na budowanie własnego dobrostanu wśród ludzi, którzy myślą podobnie i chętnie się wspierają, bo to właśnie takie otoczenie daje siłę na dłuższą metę.
Dzieli się swoją historią z nadzieją, że stanie się dla kogoś inspiracją do zatrzymania się na chwilę i odnalezienia odwagi, by zrobić pierwszy krok.


