Zostań członkiem

Otrzymuj najlepsze oferty i aktualizacje dotyczące Magazynu LBQ.

― Reklama ―

spot_img

Polacy walentynkują chętniej od innych. Nie widzą w tym święcie sztuczności ani komercji

W lutym aplikacja World App przeprowadziła jedno z największych globalnych badań ankietowych o Walentynkach, w którym wzięło udział 25 tys. osób. Choć blisko połowa respondentów opisało...
Strona głównaWywiadyJoanna Brodzik: (Nie) tylko o debiucie literackim

Joanna Brodzik: (Nie) tylko o debiucie literackim

Joanna Brodzik opowiada o debiucie literackim „Kalejdoskopy”, na który składać się będą cztery tomy. Premiera „Bólu”, otwierającego tę serię, odbyła się 15 maja. Nie jest również tajemnicą, że książka „Umami. Opowieści i przepisy” doczeka się kontynuacji. O baśnio­wych archetypach, ukochanej książce z dzieciństwa i wielu innych rzeczach, Joanna Brodzik opowiedziała Marioli Morcinkovej.

Optymistka, pasjonatka gotowania i do­brej kuchni, aktorka, autorka książki „Umami. Opowieści i przepisy”, a także debiutu literackiego „Kalejdoskopy”. Coś ominęłam, czy wszystko się zgadza?

Tak, jak najbardziej (śmiech). Brzmi to dosyć karkołomnie, niemniej mam ta­kie poczucie, że droga, którą idę, jest moja. Mogłabym konsumować owoce swojej pracy i jak to się mówi, odcinać kupony, ale wolę wybrać drogę, która jest trudniejsza. Taką, jaka pozwala mi rozwijać się w kierunkach, które są dla mnie interesujące.

Czy ta droga daje Ci w takim razie więk­szą satysfakcję?

Tak. Cele, które przed sobą stawiam, i marzenia, które realizuję, czyli serię „Kalejdoskopy”, są chyba najlepszym dowodem. To osiem lat mojej pracy. Dla mnie jest to wyjątkowe zdarzenie na osi czasu. Nie poddałam się, dałam radę, kiedy słyszałam, że to marzenie nie może być z jakiegoś powodu zre­alizowane. Dziś jestem szczęśliwa, że wtedy się nie udawało. Tak musiało być, by miało to taki kształt, jak ma teraz.

„Ból”, otwierający serię „Kalejdosko­py”, to nie tylko Twój literacki debiut, ale przede wszystkim świeże spoj­rzenie na baśniowe archetypy, które przenoszone są do rzeczywistości współczesnej. Czy decyzja o osa­dzeniu akcji w baśniowym świecie bierze się poniekąd z tęsknoty za dzieciństwem?

Wręcz przeciwnie. Ta decyzja bierze się z przekonania, które w pierwszej chwili było dla mnie jako kobiety i człowieka dość bolesnym odkry­ciem. Potem, jako twórczyni, posta­nowiłam podzielić się tymi spostrze­żeniami z innymi.

Przechodząc przez trudny dla siebie moment, będąc mocno w emocji po­czucia winy i wstydu, dostrzegłam, że funkcjonują we mnie skrypty, któ­re podpowiadały mi, że jestem zła, brzydka, niewystarczająca. Spostrze­głam, że są one przez nas wszystkich zasysane razem z bajkami. Królowa Śniegu jest tą, która więzi małego chłopca. Żyje w pałacu z lodu i jest osobą zamkniętą na innych. Czerwo­ny Kapturek jest naiwną dziewczynką, dającą się sprowokować wilkowi.

Pomyślałam sobie, że te stereotypy bardzo często, już w dorosłym życiu, stanowią dla nas nie tylko ogromne ograniczenie, ale rodzaj więzienia, w którym przebywamy, nie pozwalając sobie na konfrontację i sprawdzenie, czy chcemy lub nie być z tej bajki. Cho­dzi o to, by obnażyć te stereotypy i dać światło na to, że to skrypty, z których możemy korzystać, ale możemy je też demontować, rozpoznawać w sobie i innych i nie pozwalać, by w ograni­czający sposób zmuszały nas do bezre­fleksyjnego realizowania jakichkolwiek scenariuszy.

Pierwszy tom zadebiutował na ryn­ku wydawniczym 15 maja i budzi zainteresowanie nie tylko fanów li­teratury, ale i kinematografii. W ra­mach promocji debiutu literackiego pojawiłaś się na premierze „Śnieżki”. Pamiętam, że przy tej okazji zwró­ciłaś uwagę na potrzebę adaptacji klasycznych historii do zmieniają­cej się rzeczywistości. Podaj proszę przykład zastosowania tegoż w swo­im debiucie.

Z perspektywy twórczyni i matki dora­stających synów jest we mnie pewne­go rodzaju niezgoda, a jednocześnie zrozumienie, dlaczego większość bo­haterek, nawet u Disneya, to fighter­ki, osoby odgrywające główne role i mające tę sprawczość. Dzieje się tak dlatego, że patriarchat, mam nadzieję, wykonuje właśnie swój łabędzi śpiew, ale to nie znaczy, że chłopaki mają przestać mieć prawo głosu i prawo do sprawczości.

Stąd, razem z Mariką Krajniewską, z którą tę powieść piszę, postano­wiłam, że pierwszy tom podarujemy męskim wstydom i męskim perspek­tywom. Pojawia się perspektywa mło­dego chłopaka, Bastiana, który choruje na łuszczycowe zapalenie skóry, będąc obłażącą ze skóry i obrzydliwą bestią, której wszyscy wstydzą się i boją. To odniesienie do „Pięknej i Bestii”. Ba­stian przeżywa swoją pierwszą miłość i znajduje swoją Bellę w Idzie, dziewczy­nie ze spektrum autyzmu, która dzięki swojemu specjalnemu zespołowi cech i swojej wrażliwości nie dostrzega jego brzydoty. Druga to perspektywa prawi­cowego kandydata na prezydenta, któ­ry ukrywa swoją tożsamość seksualną, będąc jednocześnie uzależnionym od doświadczania bólu.

Czy trudno jest osadzić znaną postać w dzisiejszych czasach?

Dla mnie to mega kręcące doświadcze­nie. Mam nadzieję, że równie interesu­jące będzie dla czytelników.

Jakie baśniowe archetypy zdecydo­wałaś się wykorzystać w debiucie literackim?

W pierwszym tomie pojawiają się Bestia i Wilk. W drugim tomie – odniesienie do Królowej Śniegu i wspominany temat uzależnienia. W trzecim, który nosi tytuł „Żądze” pojawi się perspektywa dzieci, mających w swoim doświad­czeniu jakiś rodzaj więzienia, którego doświadczają od swojego opiekuna. To odniesienie do Śnieżki i Kaia. Czwarty tom o tytule „Miłość”, mam nadzieję, że da rozwiązanie dla całej tej zagadkowej kryminalnej i międzyludzkiej historii. To archetyp króla i królowej oraz cza­rownicy i czarodzieja.

Z baśniowym światem oswajałaś się od najmłodszych lat?

Tak. Żyję z braćmi Grimm, a także z trzytomowym wydaniem Andersena, które dostałam od mojego taty na szó­ste urodziny i które mam do dzisiaj. Te książki posłużyły mi też jako inspiracja.

Jaka była droga od pomysłu do reali­zacji czterotomowej serii?

Osiem lat temu przechodziłam przez coś, co głupi ludzie nazywają kryzysem wieku średniego, a mądrzy nazywają to „momentem sprawdzam”. Oczyszczając przestrzeń wokół siebie, dochodząc do różnych trudnych wniosków, wróciłam do lektury „Biegnącej z wilkami.

Gdybyś miała zawrzeć ten proces w jednym słowie lub zdaniu, jakie mo­głoby paść?

Osiem lat szłam przez ciemny las. Spo­tykałam ludzi, którzy mówili „NIE”. Nie rozumieli, co chcę przekazać. Mówili, że to bez sensu. Po drodze spotkałam Ma­rikę, która powiedziała, że rozumie. Szła ze mną przez te ciemności, w momencie, w którym inni ludzie kręcili głową. Bez niej nie zrobiłabym tego, bo jest nie tylko autorką bardzo inteligentnych i fajnych książek, ale też trenerką pi­sania i znakomitą towarzyszką procesu twórczego.

Który proces jest bardziej wymagają­cy? Praca nad książką czy rolą?

To dwa zupełnie inne rodzaje pracy. Pracując nad książką, działam w du­ecie, więc nie jestem ze wszystkim sama. Musiałyśmy wspierać się, praco­wać, opierając się i przyglądając sobie aż do momentu, kiedy pierwszy czytel­nik dał nam feedback. Praca nad rolą to praca zbiorowa. Od razu przeglądam się tak naprawdę w oczach i wrażliwo­ści moich kolegów.

Choć „Kalejdoskopy” są Twoim de­biutem literackim, warto poświęcić też uwagę książce „Umami. Opowieści i przepisy”. Czym jest dla Ciebie tytu­łowe „umami”?

Smakiem jedzenia darowanego z uwagą i miłością. Po trzech latach spotkań z czytelnikami na spotka­niach autorskich i podczas pro­wadzenia kolacji degustacyjnych i warsztatów upewniłam się w tym, że to, czego szukają najwybitniej­si szefowie kuchni i najbardziej utytułowane restauracje, to po pro­stu smak, który dla każdego z nas znaczy co innego. Kiedy postanowi­łam, by tak brzmiał tytuł mojej ga­wędy kulinarnej, uświadomiłam so­bie, że to smak jak u mamy. Za tym wszyscy gonimy. To smak w pamięci emocjonalnej zapisany jako moment, kiedy ktoś kładł przed nami tę pajdę chleba ze śmietaną i cukrem albo stawiał zalewajkę na mleku. To wła­śnie ten piąty smak. Związany jest z dzieciństwem, bliskością oraz praw­dziwą, darowaną obecnością.

Co ciekawe, tę książkę napisałaś, kiedy świat się zatrzymał. Pomogła Ci?

Uratowała mi życie.

Co jest większym wyzwaniem, napi­sanie debiutu literackiego czy książki, w której przepisy przeplatane są z opo­wieściami z życia?

„Umami” i praca nad drugą częścią to ogromna frajda. Chcę ją zatytułować „Umami do kwadratu. Przygody i prze­pisy”. Chcę opisać te trzy lata przygody, która zdarzyła mi się od dnia premie­ry, razem z kolacjami degustacyjny­mi, konkursami kulinarnymi oraz tym wspaniałym doświadczeniem, jakim jest możliwość zajrzenia do kuchni profesjonalnej. „Umami” to zapis mojej pasji i radość z tego, że mogę dzielić się nią z czytelnikami. Debiut literacki to zupełnie nowe portki. Jestem mega zestresowana tym, jak książka zostanie przyjęta. Mam już pierwsze recenzje i kolejnych, za każdym razem, boję się tak samo.

Mówisz, że to książka o skarbach mi­łości, którymi zostałaś obdarowana. Rozwińmy tę piękną myśl.

Pozornie jest o kulinariach oraz o tro­pieniu historii przypraw i potraw. Tak naprawdę, co podkreślają też czytel­nicy będący po lekturze, jest o miłości i szacunku do świata i do ludzi oraz o gotowości, którą staram się w sobie pielęgnować, by cieszyć się z tego, że nie wiem, co czeka mnie za rogiem, czego przykładem jest chociażby na­sze spotkanie.

Lubisz gotować dla rodziny, dla przy­jaciół? Celebracja wspólnych posił­ków, jak się domyślam, jest dla Ciebie ważna.

Najbardziej lubię ten moment wspól­nego posiłku, czyli gromadzenia się wokół i wspólnego doświadczania. Fajne jest to, że mogę sobie porządzić (śmiech)..

Babcia Jadzia pokazała Ci, jaką frajdę można mieć z popełniania kulinarnych wykroczeń. Jakie kulinarne wykrocze­nia zdarza Ci się popełniać do dziś?

Niezależnie od zawodu, katastro­fy są częścią drogi do sukcesu. Ja też je zaliczam. Jedna z najbardziej spektakularnych zdarzyła mi się w w przededniu premiery „Umami”. Byłam wtedy w dużej fascynacji kuchnią gruzińską. Usiłowałam od­tworzyć przepis na ciasteczka Qada. To przepyszne kaukaskie słodkie coś, co składa się ze słonego kefirowe­go ciasta i nadzienia z cukru, orze­chów włoskich i masła. Poprosiłam wszystkich przyjaciół, którzy mieli pojawić się na premierze, by po­mogli mi je zrobić, by starczyło dla wszystkich. Ja zrobiłam Qada z czte­rech porcji, ale… zapomniałam dodać cukru. Nadzienie składało się tylko z orzechów i masła. Po panice, co powinnam zrobić, jedne posmaro­wałam roztrzepanym jajkiem, inne posypałam chilli w płatkach, jeszcze inne czarnuszką, a ostatnie zrobiłam w wersji wytrawnej do wina.

Rozdział o pięknych katastrofach za­mierzam zamieścić w drugiej części książki. Przepis na wytrawne ciastecz­ka Qada też tam się znajdzie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Mariola Morcinkova

fot. Wydawnictwo Majus

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.