„Pieniądze się go nie trzymają”, „Czas to pieniądz”, „Mieć pieniędzy jak lodu”, „Pieniądze idą jak woda”, „Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze”… w języku polskim jest wiele powiedzeń i przysłów dotyczących tematów finansowych. Ten fakt z pewnością świadczy o tym, że kwestie związane z zasobnością naszych portfeli są niezwykle ważne, nawet dla osoby, takiej jak ja, której cały świat na pewno nie kręci się wokół pieniędzy.
Uważam, że „pieniądze szczęścia nie dają”, ponieważ nie zapewniają gwarancji trwałego i wysokiego poziomu zadowolenia z życia. Warto jednak podkreślić, że środki finansowe znacząco wpływają na poczucie dobrostanu, szczególnie w przypadku zaspokajania podstawowych potrzeb i zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Oczywiście, poziom satysfakcji z życia zależy też od wielu innych czynników, takich jak choćby zdrowie, którego nie kupimy za żadne pieniądze, czy relacje społeczne. Uważam też, że sama definicja szczęścia jest pojęciem tak bardzo subiektywnym, że trudno go zmierzyć wysokością naszej wypłaty.
Każdy z nas postrzega temat pieniędzy, patrząc przez pryzmat własnych doświadczeń, gdyż już od najmłodszych lat kształtujemy swój stosunek do tematu finansów. Jak ten proces przebiegał w moim przypadku? Wychowałam się w rodzinie, w której żyło się skromnie, jednak wszystkie moje podstawowe potrzeby bytowe, takie jak jedzenie, lekarstwa, wyprawka szkolna i wiele innych, były zaspokojone. W przeciwieństwie do wielu dzisiejszych nastolatków, którzy czasem zachowują się w stosunku do swoich rodziców bardzo roszczeniowo, nie miałam na zawołanie drogich, markowych ubrań, kosztownych kosmetyków. Będąc młodziutką dziewczyną, nie dążyłam do tego, aby posiadać te wszystkie dobra materialne. Bardzo jednak chciałam realizować swoje pasje: tańczyć, doskonalić swoje umiejętności, zdobywać wykształcenie. Aby móc spełniać swoje marzenia w tym zakresie, bardzo wcześnie zaczęłam pracować. Dzięki takiemu rozwiązaniu, mogłam odciążyć rodziców, dorzucić się do budżetu domowego, a jednocześnie uzyskać niezależność.
To niesamowite, jak samodzielnie zapracowane pieniądze potrafią zbudować świadomość o własnej autonomiczności. Dokładnie tak było w moim przypadku; gdy zarobiłam swoje pierwsze pieniądze, mogłam przeznaczyć je na realizację własnych pasji, kupić sobie rzeczy, które długo funkcjonowały w sferze marzeń. Choć wszystkie te działania sprawiły mi ogromną satysfakcję, najbardziej szczęśliwa byłam wtedy, gdy mogłam też sprawić przyjemność mojej mamie i babci i kupić im dość kosztowny kosmetyk, na który nie mogły by sobie pozwolić. Gdy zobaczyłam, jaką radość sprawiły prezenty, które kupiłam za swoje pierwsze zarobione pieniądze, poczułam dumę i zadowolenie. To emocje, których doświadczyłam dzięki pieniądzom, ale przecież zarobione przez siebie fundusze mogłam wydać w zupełnie inny sposób i nie doświadczyć tych uczuć. Dlatego przyznam, że nie jest mi po drodze z ludźmi, którzy nie potrafią dzielić się z innymi, zwłaszcza z tymi, którym zabrakło szczęścia w życiu.
Odkąd sięgam pamięcią, zawsze tkwiła we mnie potrzeba wspierania potrzebujących. Bardzo często część zarobionych przez siebie pieniędzy wpłacam na konta różnych fundacji, organizacji pożytku społecznego, zwłaszcza takich, które obejmują swą pieczą osoby chore, niepełnosprawne, zwierzęta. Wielokrotnie podejmowałam też działania, które wymagały ode mnie o wiele więcej energii, niż tylko wysłanie przelewu. Tak było kilka lat temu, gdy zgłosiłam się do jednej z organizacji pomagającej małym pacjentom onkologicznym w okresie przed Bożym Narodzeniem. Moje zadanie polegało na przygotowaniu paczek świątecznych. Nie chodziło tu o zakup symbolicznej czekolady: każdy z podopiecznych miał otrzymać specjalną lampkę, dzięki której szpitalna sala byłaby bardziej przytulna. Nie był to zbyt kosztowny przedmiot, jednak ja zadecydowałam, że włączę się w akcję przygotowania… 150 takich paczek. Ogarnięcie tak dużej ilości prezentów był dla mnie ogromnym wyzwaniem, zwłaszcza pod kątem logistycznym; paczki trzeba było przechować, ładnie zapakować, przewieść do siedziby fundacji… Przyznam jednak, że satysfakcja wynikająca ze zrealizowania tego zamiaru była ogromna.

Podobne emocje towarzyszyły mi, gdy przez kilka lat wspierałam Dom Dziecka w Wałbrzychu. Od razu zaznaczę: nie przelewałam wielkich sum na konto placówki, nie robiłam kosztownych prezentów. Po prostu: dzieliłam się swoim czasem i paroma rzeczami, które dla mnie były czymś drobnym, oczywistym, dla dzieci i opiekunek pracujących wówczas w tej placówce były to jednak dobra niemalże luksusowe.
Tak było za pierwszym razem, gdy przyjechałam do tego Domu Dziecka po to, by pobawić się z maluchami, spędzić z nimi czas i każdemu podarować coś słodkiego. Gdy dzieci zjadły czekoladę, ubrudziły sobie twarze, wtedy okazało się, że w placówce jest problem z tak podstawowymi rzeczami, jak chusteczki higieniczne. Pani opiekunka, jedną chusteczką wycierała kilkoro maluchów! Przeżyłam szok, nie mogłam uwierzyć w to, że rząd, władze, sponsorzy – ktokolwiek, nie finansuje tak elementarnych potrzeb tak ważnej instytucji. Co więcej – w tej placówce wtedy nie było nawet odkurzacza! Panie musiały zbierać śmieci czy paproszki ręką lub zmiatać z dywanu szczotką, a przecież mogły ten czas poświęcić dzieciom. Po tych odwiedzinach ciężko było mi się pozbierać. Tkwił we mnie bunt i niezgoda na świat, w którym jedni nie wiedzą już, co mają robić z pieniędzmi, a drudzy – walczą o zapewnienie dla siebie lub swoich bliskich elementarnych potrzeb. Te emocje ustąpiły jednak konkretnemu planowi działania: już po chwili wiedziałam bowiem, na co przeznaczę kolejne zarobione przez siebie pieniądze: na odkurzacz!
Dom Dziecka w Wałbrzychu odwiedzałam jeszcze kilkakrotnie. Najtrudniejsza była wizyta, która przypadła na czas pandemii. Nie mogłam przecież wtedy wejść, pobawić się z dziećmi, poczytać im książek, pograć w gry, porozmawiać… Jedyne co mogłam, to zostawić zakupione przez siebie rzeczy: zapakowane zabawki, słodycze, oczywiście także artykuły higieniczne i… pomachać w stronę okien, przez które wyglądały stęsknione dzieci. Odjeżdżałam stamtąd z ciężkim sercem. To doświadczenie najpełniej pokazało mi jednak, że pieniądze, choć są ważne, choć pomagają zaspokoić podstawowe, i mniej przyziemne potrzeby, nie zastąpią kontaktu z drugim człowiekiem: jego głosu, troski, uwagi i najważniejsze: czasu, który ta osoba może nam zaoferować.
To chyba najlepsza ilustracja powiedzenia: „Pieniądze szczęścia nie dają”.
Nie doznałabym tych wspaniałych emocji, gdybym „trzymała w skarpecie” zarobione przez siebie pieniądze. Dlatego też współczuję osobom, które, mimo zasobnych portfeli, mają nieczułe serca, zamknięte na prośby innych. Zaskakuje mnie taka postawa, zastanawia krótkowzroczność tej taktyki. Wszak „fortuna kołem się toczy” – nasza rzeczywistość: pandemia, sytuacja za wschodnią granicą Polski itp. bardzo dobitnie pokazuje nam, że majątek można łatwo zdobyć, ale też szybko stracić. Przede wszystkim jednak, nikt z nas nie może być pewien tego, czy sam nie będzie kiedyś potrzebować pomocy.
Gdy mowa o pieniądzach, warto pamiętać o jeszcze jednej kwestii: o tym, że mając zabezpieczenie finansowe, zyskujemy niezależność. To prawda, o której czasem zapominają niektóre kobiety. Tak było w przypadku mamy mojej koleżanki. Ta kobieta przez całe życie nie pracowała, żyła u boku męża, zajmowała się dziećmi, rodziną. Dbała o to, by dom był posprzątany, by na stole każdego dnia znalazł się obiad składający się z przysłowiowych trzech dań, a koszule męża były perfekcyjnie wyprasowane. Niestety, któregoś dnia małżonek oświadczył, że odchodzi do innej… Świat mamy mojej koleżanki legł w gruzach. Okazało się, że ta kobieta z dnia na dzień została z niczym. Nie było jej stać na zatrudnienie dobrego adwokata, podział majątku został przeprowadzony w niekorzystny dla niej sposób. Ponadto ta pani nie miała wykształcenia, doświadczenia zawodowego nie znała języków – słowem – nie posiadała kwalifikacji umożliwiających znalezienie pracy i odbicie się od przysłowiowego dna, na którym się znalazła. W efekcie, mocno spadło jej poczucie własnej wartości, popadła w depresję, przestała wychodzić z domu.
Daleko mi do oceniania, czy wręcz krytykowania takiej postawy. Przecież 30, czy 40 lat temu w naszym kraju panował inny wzór kulturowy, gdzie „głową rodziny” i osobą zarabiającą na jej utrzymanie często był jedynie mąż, podczas gdy żona, zajmowała się domem, dziećmi. Taki model funkcjonował w mniejszych miejscowościach, czy choćby na Śląsku. Mama mojej koleżanki, jak wiele innych pań, po prostu wpadła w ramy schematu, starając się jak najlepiej odgrywać swoją rolę. Nie zakładała tego, że najbliższa osoba tak jej się, nomen, omen, odpłaci…
Obecnie żyjemy w innych czasach, a jednak wciąż słyszy się o podobnej sytuacji: o tym, że brak własnej stabilizacji finansowej, brak pracy, choćby była niezbyt intratna, powoduje uzależnienie ekonomiczne od męża, czego konsekwencją może być przemoc psychiczna, budowanie pozycji ofiary, kogoś słabszego w związku, kogo rolę się umniejsza. Dlatego namawiam wszystkie dziewczyny, wszystkie kobiety: krok po kroku budujcie swoją niezależność finansową, posiadajcie swoje własne, odrębne konto, stwórzcie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, dzięki której poradzicie sobie w życiu, nawet w kryzysowych sytuacjach, wreszcie: posiadajcie środki finansowe, o których wy same będziecie decydować. Chcecie kupić sobie droższy krem? Prezent dla dziecka, mamy czy męża? A może czujecie potrzebę, by wesprzeć fundację niosącą pomoc chorym dzieciom czy dzikim zwierzętom poszkodowanym przez człowieka? Wybór będzie należał do Was. Świadomość tego, a nie wysokość przelewu, jaki wykonacie, jest piękna!
Justyna Konieczna – modelka, hostessa, prezenterka, dermokonsultantka, pasjonatka zdrowego trybu życia, filantropka. Ambasadorka kampanii społecznej „Nie hejtuję – motywuję”.


