Zostań członkiem

Otrzymuj najlepsze oferty i aktualizacje dotyczące Magazynu LBQ.

― Reklama ―

spot_img
Strona głównaRozmaitościMarcin Bąk: Bezsilność siłacza

Marcin Bąk: Bezsilność siłacza

O przyzwoitości tym razem rzecz ma traktować. O byciu przyzwo­itym człowiekiem. Tak, wiem. Temat ryzykowny, niemodny, niemal zapomniany. Archaiczny niczym relikt minionych epok. Wymarły jak dinozaury. Zepchnięty na margines, jak stare księgi pokryte kurzem. W młodzieżowym języku potocznym słowa „przyzwoity” próżno by dziś szukać. Utknęło gdzieś między hasztagami a slogana­mi sukcesu.

 

 

Gdyby zapytać dziś młodych ludzi, kim chcieliby zostać, usłyszelibyśmy zapew­ne: znanym influencerem, wpływowym politykiem, zaradnym i bogatym przed­siębiorcą, mistrzem sztuk walki… Ale od­powiedzi: „chciałbym być przyzwoitym człowiekiem” – raczej byśmy nie uzyskali.

By wierzyć, że zagadnienie to zasługuje jeszcze na czyjąkolwiek uwagę, trzeba mieć w sobie nieprzyzwoitą wręcz na­iwność. A jednak… Podejmuję rzucone przez życie wyzwanie i staję w szranki z cynizmem współczesności. Wierzę bowiem, że temat ten wciąż wart jest refleksji, a bycie przyzwoitym człowie­kiem niesie ze sobą tak dużo dobra, że trudno to sobie nawet wyobrazić.

Nie jestem „odklejonym od rzeczywi­stości” marzycielem ani pismakiem snującym opowieści o abstrakcyjnych ideach. Siwe włosy i głębokie bruzdy na moim czole to nie tylko znak upły­wającego czasu. To mapa doświadczeń, które wyryło we mnie życie, prowadząc przez kręte, często zdradliwe meandry losu. Stąpam twardo po ziemi. Z nie­jednego pieca jadłem chleb, niejedno widziałem, niejedno przeżyłem.

Decyzja o uporządkowaniu własne­go wnętrza i zadbaniu o jego higienę, o podjęciu trudu mozolnego kształto­wania siebie na kogoś, kogo mógłbym bez strachu o zdemaskowanie nazwać „przyzwoitym człowiekiem”, dojrze­wała we mnie latami. Była wynikiem bolesnych lekcji, gorzkich refleksji i trudnych, ale koniecznych wniosków. Z kolei idea uwypuklenia tematu przy­zwoitości na łamach magazynu LBQ pojawiła się niespodziewanie – niczym błysk inspiracji, której nie sposób zignorować.

A ZACZĘŁO SIĘ TAK…

Jakiś czas temu zadzwonił do mnie pracownik jednego z banków, w którym mam ulokowane swoje oszczędności. Z charakterystyczną dla siebie zawodową uprzejmością poin­formował mnie, że mam dużą zdolność kredytową – aż do… fiu, fiu, aż sam się zdziwiłem! I przy okazji zapytał, czy nie potrzebuję czasem jakiegoś kredytu – no cóż, taki charakter pracy. Grzecznie odmówiłem, podziękowa­łem i zapewniłem, że będę pamiętał o złożonej propozycji.

Poczułem pewien rodzaj samozadowo­lenia, że przez lata tak ładnie wypra­cowałem sobie wiarygodność w świe­cie bankowości. Faktycznie korzystam z oferowanych usług bankowych w peł­nym zakresie. Regularnie, co miesiąc, odnotowuję wpływy z wynagrodzenia za swoją pracę. Systematycznie też reguluję wszystkie swoje finansowe zobowiązania. Mogę więc z perspek­tywy analityka bankowego uchodzić za osobę transparentną i godną zaufania.

Zreferowałem siedzącej obok mnie narzeczonej Ilonie przebieg przeprowadzonej rozmowy, po czym, jak to się mawia, „z głupia frant”, dodałem:

– Więc, kochanie, możemy być spo­kojni. Poradzimy sobie nawet wtedy, gdybyśmy oboje nagle stracili źródła dochodu i wszystkie oszczędności.

Ilona, zaintrygowana moimi słowami, oderwała wzrok od książki, którą wła­śnie wertowała, i spojrzała na mnie w taki sposób, jakby chciała zapytać, dokąd zmierzam. Zachęcony jej spoj­rzeniem, popuściłem wodze fantazji i kontynuowałem:

– Mając tak wypracowaną wiarygod­ność, nawet bez aktualnych oszczęd­ności, mógłbym bardzo szybko zaro­bić dużą sumę pieniędzy – gdybym tylko naprawdę tego chciał i uczynił z tego swój priorytet. Wystarczyło­by zaciągnąć kredyt w wysokości, powiedzmy, 50 tysięcy złotych, żeby w ciągu tygodnia zbudować małe la­boratorium chemiczne i wyposażyć je w niezbędny sprzęt oraz składniki potrzebne do produkcji… na przykład amfetaminy. W 48 godzin wyprodu­kowałbym około 30 kilogramów tej substancji, co – według czarnorynko­wych stawek (zgodnie z metodą ob­liczeniową stosowaną przez policję) – dałoby naprawdę pokaźną kwotę. Prawdę mówiąc, nie wiem, ile kosz­tuje gram tego świństwa, ale przyj­mując orientacyjną cenę 50 złotych, kilogram przyniósłby 50 tysięcy. Mno­żąc to przez 30, mamy wynik: półtora miliona złotych w tydzień. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę początkową inwestycję rzędu 50 tysięcy – nawet z odsetkami od kredytu.

– Niemożliwe. Upraszczasz temat – od­powiedziała trzeźwo myśląca strona mojej dziennikarki. – Cały ten proce­der nie może być aż tak prosty, bo gdyby był, amatorów szybkiego i ła­twego zarobku byłyby miliony. Pro­ces wytwarzania tej substancji musi być bardzo skomplikowany. To prze­cież nie wielkanocna babka, na którą przepis można znaleźć na pierwszej lepszej stronie kulinarnej. A składniki niezbędne do produkcji są zapewne trudno dostępne, o ile w ogóle moż­liwe do zdobycia – argumentowała, chcąc obnażyć moją chłopięcą fan­tazję i całkowitą ignorancję.

– To prawda – przyznałem, ale dalej za­ciekle broniłem swoich racji. – Wiedza na temat produkcji takich substancji nie jest powszechnie dostępna, a każdy z wyma­ganych składników znajduje się na liście produktów zakazanych i pozostaje poza zasięgiem przeciętnego Kowalskiego. Ale te argumenty nie dotyczą tych, którzy znają „odpowiednich” ludzi. W takim przypadku zdobycie zarówno wiedzy, jak i potrzebnych komponentów staje się możliwe. W końcu problem narkotyków nadal istnieje, a skoro tak, to znaczy, że ktoś je jednak produkuje. – Zakończyłem swoją wypowiedź z nutą triumfu.

– Szalony marzyciel! – wybuch nie­oczekiwanego śmiechu zbił mnie z tropu. – Rozpędziłeś się tak w tych swoich fantazjach, że zaraz dostaniesz mandat za przekroczenie prędkości! – śmiała się dalej, a jej śmiech okazał się zaraźliwy Po chwili i ja parsknąłem śmiechem.

– Mandat za zbyt dużą prędkość czy za brak przyzwoitości? – pozwoliłem sobie pociągnąć żart dalej.

Nagle jej twarz spoważniała. Jej wzrok przeszył mnie tak intensywnie, że za­marłem, słysząc:

– Ale wiesz, że ja nie mogłabym być z kimś, kto próbuje budować swoje szczęście, degradując życie innych lu­dzi. Prawda?

– Oczywiście, kochanie – odpowiedzia­łem równie poważnym tonem. – Przy­zwoici faceci nie angażują się w tego typu działania. Produkcja i dystrybucja narkotyków to moim zdaniem wręcz eksterminacja rodzaju ludzkiego. Amfetamina to produkt końcowy po­wstały w wyniku połączenia, między innymi, kwasu solnego, siarkowego, mrówkowego, rozpuszczalników oraz wodorotlenku sodu – substancji żrącej, przypominającej domowy środek do udrażniania rur („Kret”), ale o znacz­nie wyższym stężeniu. Mówimy więc o substancji, której każdy składnik – nawet stosowany oddzielnie – może być śmiertelnie niebezpieczny.

– I pomyśleć, że są zwyrodnialcy, którzy potrafią oferować ten „specyfik” mło­dym ludziom, argumentując, że pomoże im lepiej przyswajać wiedzę w czasie intensywnych przygotowań, na przy­kład przed maturą. Barbarzyńcy!

Zaciśnięte pięści i wyostrzone rysy twarzy zdradzały, że moja interloku­torka zaczęła przeżywać tę rozmowę naprawdę głęboko.

– Tak, to najwyższa forma cynizmu i perfidii – przyznałem, bo nie mogłem się z nią nie zgodzić.

Wdychana przez nozdrza amfetami­na momentalnie dociera do mózgu i – mówiąc kolokwialnie – zaczyna go gotować.

– Czym tłumaczy się taki jeden czy drugi delikwent? – drążyła dalej. – Nie mam pojęcia – wyznałem szczerze. – Może banałem typu „brudna robota, ale czysty zysk” albo „nikt nikogo przecież do niczego nie zmusza” – odparłem, próbując sam zrozumieć mechanizm wyciszania sumienia u takich ludzi.

– A pamiętasz ten fragment z Ewangelii Mateusza? — zapytała po chwili ciszy. — „Cóż bowiem za korzyść odniesie czło­wiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?”

Jej głos stłumił się nagle, jakby przy­gasł, a spojrzenie uciekło gdzieś w dal. Zanurzyła się w zadumie. Mnie także ta rozmowa porwała na wyżyny refleksji. Jaki naprawdę jestem? Czy zasługuję uczciwie na miano przyzwoitego czło­wieka? Jacy jesteśmy – my, ludzie?

Przyzwoitość, według definicji, to po­stawa i sposób postępowania zgodne z powszechnie akceptowanymi norma­mi moralnymi, obyczajowymi i kulturo­wymi. Patrząc na degrengoladę współ­czesnego świata, na chłam lansowany przez media, na postawy celebrytów kreujących dzisiejsze trendy (często pozbawione klasy, elegancji i jakich­kolwiek wartości ), a także na działania państwowych urzędników, które w wie­lu przypadkach ukazują całkowity brak kompetencji i epatują bezkarnością, zaczynam się zastanawiać… Czym dziś jest uczciwość? Czym dziś jest zbiór zasad moralnych? Czy to wszystko nie zostało przypadkiem zdeformowane? Czy obserwując poczynania współ­czesnego człowieka, nie odnosi się wrażenia, że istotą jego natury jest egoizm i potrzeba zaspokojenia tylko jego potrzeb, nawet kosztem cierpienia innych?

Bob Proctor w jednej ze swoich książek pięknymi słowami zdefiniował każde­go z nas: „Zwróć uwagę na fakt: jesteś najwyższą formą stworzenia na Zie­mi. W Biblii napisane jest, że człowiek to istota uprzywilejowana, mająca panować nad ziemią i wszystkimi jej stworzeniami”.

Piękne i tak dumnie brzmiące słowa…

Jak to się więc stało, że ta wyjątkowa istota stanęła w opozycji do całego otaczającego go świata? Świat bo­wiem kieruje się prawem przyrody. Prawem zdominowanym przez altru­izm, nie egoizm. Nieustającym tańcem dawania i brania, w którym energia i materia krążą w nieskończonym cy­klu. W koncepcji współzależnego po­wstawania, gdzie nikt i nic nie istnieje tylko dla siebie.

Jako młody chłopak założyłem firmę budowlaną. Nie miałem dużego kapita­łu początkowego ani żadnych koneksji, które ułatwiłyby mi zdobywanie lu­kratywnych kontraktów. Miałem za to ogromną wolę do pracy, głowę pełną pięknych idei i serce przepełnione wia­rą. Wierzyłem, że ciężką, solidną pracą i uczciwym podejściem – także wobec moich pracowników – zbuduję renomę i stanę się rozpoznawalnym graczem na lokalnym rynku.

Ta strategia zaczynała przynosić efekty. Zlecenia stawały się coraz poważniej­sze. Wciąż byłem zbyt mały, by stawać do dużych przetargów i konkurować z lokalnymi gigantami, ale zaczęli mnie zauważać. Coraz częściej pojawiały się oferty współpracy w roli podwyko­nawcy. Specjalizowaliśmy się głównie w galanterii betonowej i brukarstwie, a moim marzeniem było przenieść się z domowych podwórek na wielkie place przemysłowe – tam, gdzie metry kwa­dratowe szły w tysiące, a za nimi szły realne pieniądze.

Kiedy więc zgłosił się do mnie je­den z czołowych graczy z propozycją współpracy, nie wahałem się ani chwi­li. Mówił, że ma tyle zleceń w sezonie, że połowę musi oddać podwykonaw­com. Malował przede mną bajeczne perspektywy. Podpisaliśmy umowę, a ja – pełen zapału – z ekipą wyko­nałem zlecenie z dbałością o każdy detal. Nie byłem szefem zza biurka – pracowałem razem z chłopakami i szczodrze wynagradzałem ich wy­siłki. Mój entuzjazm udzielał się całej ekipie, bo wiedzieli, że każdy z nas skorzysta na rozwoju firmy.

Po zakończeniu pierwszego zlecenia, kontrahent rozliczył się skrupulatnie, wyraził zadowolenie i od razu zapro­ponował kolejne zadanie.

– Wiem, Marcin, że jesteście zmęcze­ni, ale tamta robota już powinna być w toku. Terminy gonią. Bardzo mi zale­ży, żebyście jak najszybciej przenieśli się na drugą budowę – powiedział.

Imponowało mi, że nasze relacje miały niemal koleżeński charakter. Zgodziłem się bez wahania. Wręczył mi też plik banknotów:

– To na motywację dla chłopaków – rzucił.

Byłem mile zaskoczony.

– To może podpiszemy jakąś umowę przedwstępną, a ja pokwituję odbiór tych pieniędzy? – zaproponowałem.

– Marcin, Marcin… ważni są ludzie, a nie formalności. Widzę, że jesteście solidni. Nie boję się, że mnie oszukacie. Zrobisz robotę, policzysz metry – rozliczymy się. Nie utrudniajmy sobie pracy pier­dołami – powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Tak po kumpelsku.

Czułem się wtedy naprawdę dobrze. Miałem wrażenie, że nawiązała się między nami jakaś nić zaufania. Nie chciałem wyjść na sztywniaka i forma­listę. Byłem młody i naiwny. Przystałem na to.

Po zakończeniu kolejnego zlecenia zadzwonił do mnie i zaprosił do swo­jego biura. Usiadłem naprzeciw nie­go, za dużym, drogim biurkiem. Od razu wyczułem zmianę w jego tonie i nastawieniu.

– Powiem wprost – zaczął bez skrupu­łów. – Budowlanka to ciężki temat. Tu trzeba być ch…m, żeby przetrwać. Żeby wygrać przetarg, trzeba ciąć koszty. A takie koszty tnie się na firmach takich jak twoja.

Mówił to z taką lekkością, jakby recyto­wał dobrze znany monolog. Widać, że tego typu przekręty miał opanowane do perfekcji.

– Mam tu kamerę, która nagrywa całe spotkanie, a pod biurkiem przycisk an­tynapadowy. Nie rób więc scen. Wyjdź grzecznie, bo tylko narobisz sobie kło­potów. Nie mamy żadnej umowy, więc nawet jeśli pójdziesz do sądu, nic nie uzyskasz. Ucz się, Marcin, życia. Bo ży­cie to twardy skurczybyk.

Wstałem, oszołomiony. Ciśnienie dud­niło mi w głowie. Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem – ten ab­solutny brak szacunku dla mnie i mojej ciężkiej pracy. To była sytuacja nie do zniesienia. Pieniądze? Pal licho, odro­bię. Ale zdeptana duma, niesprawie­dliwość, której właśnie doświadczam i, co chyba najgorsze dla młodego mężczyzny, to dojmujące poczucie bezradności. Żebym chociaż mógł cha­rakternie, jak za dawnych lat, dać mu po pysku. Ale mam świadomość, że nie mogę. Obaj ją mamy. Nie mogę znieść triumfującego spojrzenia tego małego, chudego cwaniaczka. W konfrontacji ulicznej nie wytrzymałby ze mną na­wet trzydziestu sekund. Ale to ja muszę teraz wyjść z podkulonym ogonem. Jak zbity kundel.

Kiedy w ludzkich sercach umiera przy­zwoitość, na tron wstępują egoizm i bezduszność. W świecie pozbawio­nym tarczy uczciwości, ludzie stają się bezbronni wobec niesprawiedliwości i kłamstwa. Bo tam, gdzie milknie głos sumienia, nie obowiązuje już żadne prawo moralne – rządzi wyłącznie pra­wo silniejszego. A w dzisiejszych cza­sach miarą siły coraz częściej staje się nie odwaga ani honor, lecz umiejętność manipulacji i przebiegłych kłamstw.

Marcin Bąk, Robert Burneika

W tak nieprzyjaznych człowiekowi czasach, nawet najsilniejsi mogą do­świadczyć uczucia bezsilności. Przykła­dem tego jest kulturysta i strongman Robert Burneika. Na swojej oficjal­nej stronie zamieścił apel dotyczący niebotycznych kosztów utrzymania siłowni, którą prowadzi. Robert, zna­ny przede wszystkim z imponujących gabarytów (obwód bicepsa 63 cm!) i sportowych osiągnięć, jest nie tylko postacią medialną, ale – a może przede wszystkim – ojcem, mężem i przedsię­biorcą. Zastanawiając się publicznie, czy w Polsce da się w ogóle prowadzić własny biznes, zaczął wyliczać koszty: 10 tysięcy złotych za prąd, opłaty za szambo, wynagrodzenia dla pracowni­ków i aż 19 tysięcy złotych za gaz! – i co zostaje człowiekowi na życie? W jego głosie słychać było tę samą irytację, która kiedyś krzyczała również we mnie. BEZSILNOŚĆ SIŁACZA stała się nie tylko oksymoronem, ale też smut­nym życiowym doświadczeniem.

Okazało się, że umowa, którą Robert podpisał z przedstawicielem firmy dostarczającej gaz, zawierała pewien prawny kruczek. Sprzedawca, zapew­niający o stałej cenie dostawy, „za­pomniał” wspomnieć, że na jednej z dalszych stron znajduje się aneks, zawierający informacje, że po wy­znaczonym okresie czasu usługa za dostawę gazu wzrośnie niemal pię­ciokrotnie! Oczywiście Robert jako strona zawierająca umowę, powinien szczegółowo przeanalizować wszyst­kie punkty, paragrafy i niuanse praw­ne umowy, bo to one często zaważyć mogą – jak w przypadku strongma­na – na niekorzyść kontrahenta. Ale czy można oczekiwać, że każdy z nas będzie ekspertem prawnym, zanim podejmie decyzję o podpisaniu do­kumentu? Problem polega właśnie na tym, że przeciętny konsument nie jest najczęściej w stanie dogłębnie zro­zumieć treści umów. Wykorzystują to duże firmy mające za sobą sztab praw­ników, którzy konstruują zagmatwane, długie umowy z ukrytymi licznymi „ha­czykowatymi” zapisami.

Kiedy więc nadszedł dzień rozliczenia, zdziwienie Roberta było nie mniejsze niż jego bicepsy. Zobaczył bowiem, że rachunek wzrósł z 4 do 19 tysięcy zło­tych. Z prawnego punktu widzenia nie ma tu żadnych niezgodności. Prawo stanowi bowiem tak, że podpisanie dokumentu oznacza akceptację wszystkich jego postanowień i nie pozostawia miejsca na wymówki w postaci „nieznajomości”, co wyraża zasada ignorantia juris non excusat. Która oznacza to, że brak pełnej wie­dzy na temat treści umowy nie zwal­nia z odpowiedzialności. W prakty­ce podpisanie dokumentu jest więc równoznaczne z przyjęciem na siebie wszelkich zobowiązań wynikających z jego treści.

W społeczeństwie, w którym przyzwo­itość – rozumiana jako postępowanie zgodne z fundamentalnymi wartościa­mi, takimi jak uczciwość i wzajemny szacunek – przestaje być wewnętrznym kompasem kierującym naszym zacho­waniem, a dążenie do doskonałości moralnej staje się wręcz powodem do drwin, przeciętny człowiek coraz częściej pada ofiarą postaw pełnych cynizmu i wyrachowanej kalkulacji. Na­gminne i społecznie akceptowalne sta­ło się stosowanie nieuczciwych praktyk w celu zwiększenia zysków.

Marta i Tadeusz to małżeństwo, które może poszczycić się wieloma osiągnięciami w sferze biznesowej. Z powodzeniem prowadzą zarówno firmę transportową, jak i budowla­ną, a także działają w kilku innych branżach. Marta z dumą zawsze mówi o swoim mężu, że to prężnie działający biznesmen. Podkreśla, że daje pracę wielu ludziom, jest uczci­wy i dba o rodzinę, z którą co nie­dzielę chodzi na mszę do lokalne­go kościoła. Można by uznać ich za przykładne i szczęśliwe małżeństwo, od którego warto czerpać wzorce. Z Tadeuszem łączy mnie pasja do sportu – czasem spotykamy się to­warzysko. Kiedy więc zaproponował mi współpracę, mimo nauczki, jaką dostałem od Pana X, zgodziłem się poświęcić kolejny sezon budowlany na współpracę z jego firmą. W pla­nach było ułożenie wielu tysięcy metrów kwadratowych kostki bru­kowej, a terminy zakończenia robót wskazywały, że będę musiał utrzymać bardzo rygorystyczne tempo pracy – średnio 500 m² dziennie. Była to kostka przemysłowa, układana na dużej, prostej powierzchni. Anali­zując plany budowy, doszedłem do wniosku, że spełnię wymogi zawarte w umowie. Tadeusz obiecał też wspar­cie ciężkim sprzętem, którego jesz­cze nie posiadałem, więc wykona­nie zadania wydawało się realne. Dla mnie – wciąż marzącego o rozwo­ju i rozpostarciu skrzydeł – była to nie tylko szansa na dobry zarobek, ale także na zdobycie doświadczenia przy pracy na dużych powierzchniach. Zorganizowałem naradę z chłopa­kami i podpisaliśmy umowę. To lato było jednak wyjątkowo upalne. Duży plac, na którym nie było ani kawałka cienia, dawał się we znaki. W miej­scach, gdzie stały rozgrzane, blaszane hale, żar lał się z nieba jak z piekar­nika – temperatura sięgała chyba 60 stopni. Praca w takich warunkach przypominała piekło. Ekstremalne upały znacznie obniżały wydajność. Bałem się, że ktoś z ekipy dostanie udaru. Widziałem, jak chłopcy ledwo trzymali się na nogach. Zacząłem so­bie uświadamiać, że wciąż nie wiem wszystkiego o tej branży i nie wzią­łem pod uwagę tak niekorzystnych warunków. Do tego doszło zmęczenie. W poprzednich sezonach umawiałem się z pracownikami, że weekendy mają wolne. Wiedziałem, że pięć dni tak ciężkiej pracy wystarczy, a żeby na­prawdę odpocząć, trzeba mieć wolną sobotę i niedzielę. Teraz, gdy goniły nas terminy i pracowaliśmy kolejną sobotę z rzędu, widziałem, jak mo­rale słabnie, jak gaśnie duch pracy. Wszyscy byliśmy wykończeni.

Umowa to jednak umowa. Ludzie z firmy Tadeusza pracowali tuż obok, również w każdą sobotę, równie cięż­ko jak my. Dzieliłem się tymi obser­wacjami z moją ekipą, jakby chcąc usprawiedliwić trudną sytuację i do­dać trochę otuchy sobie i im. Tadeusz miał po prostu bardzo wyśrubowa­ne standardy. Czasem rozmawiałem z jego pracownikami i pytałem, czy się nie buntują, że muszą pracować w każdą sobotę. Mówiłem, że dla mnie to nowość, bo zmusiła mnie do tego sytuacja. Większość jego ludzi po­chodziła z okolicznych małych miej­scowości, gdzie panowało duże bez­robocie i brakowało alternatyw. Mój obraz Tadeusza jako „super bohatera” zaczął się kruszyć. Kiedy dowiedzia­łem się, że większość jego pracow­ników pracuje za najniższą krajową – całkowicie legł w gruzach. Zaczą­łem rozumieć fenomen jego sukcesu. Wykorzystując wysokie bezrobocie i brak perspektyw w regionie, zmu­szał zdesperowanych ludzi do bardzo ciężkiej pracy za minimalne wynagro­dzenie. Był dobrym biznesmenem – to fakt. Ale ile człowieka w nim jeszcze zostało?

Bardzo szybko miałem się o tym przekonać. Wiedząc, że przez eks­tremalne warunki pogodowe nie uda mi się utrzymać tempa zakładanego w umowie, pojechałem do biura, by wytłumaczyć sytuację i wynegocjo­wać kilka dodatkowych dni na ukoń­czenie zlecenia. Tadeusz przyjął mnie uprzejmie. Usiedliśmy, zapropono­wał mi kawę, a ja przedstawiłem mu całą sytuację. Słuchał uważnie, ki­wał głową ze zrozumieniem. Po chwi­li wstał, wyjął umowę i powiedział: – Marcin, ja to wszystko rozumiem. Jesteśmy kolegami, ale to jest biz­nes. Odnoszę sukcesy, bo mam dużą dyscyplinę pracy. Obowiązują mnie terminy. I ciebie też muszą. Ina­czej się nie da. Jeśli nie wyrobisz się zgodnie z terminem zapisanym w umowie, będę musiał naliczyć ci kary umowne za każdy dzień zwłoki. Umowa to umowa. Zatrudnij wię­cej ludzi do pracy to się wyrobisz. – Ale jeśli zatrudnię więcej ludzi, to większą część z umówionej kwoty będę musiał przeznaczyć na ich wy­nagrodzenia i nie starczy dla mnie – odpowiedziałem szczerze, próbu­jąc jeszcze uderzyć w jego sumienie. – Przykra sprawa – rozłożył ręce – ale to ty jesteś szefem w swojej firmie i ty ponosisz za nią odpowiedzial­ność. A podpisanie umowy oznacza pełne przyjęcie na siebie jej warun­ków, nawet gdy postanowienia w niej zawarte okazują się bardzo restryk­cyjne. Umowa to umowa – powtó­rzył z naciskiem, jeszcze raz dając mi tym znać, że spotkanie uważa za zakończone…

Bycie człowiekiem sukcesu nie musi oznaczać rezygnacji z człowieczeń­stwa – choć aby nigdy nie zapomi­nać o fundamentalnych wartościach, które czynią z nas ludzi, trzeba od­wagi, pokory i świadomości, że praw­dziwa siła nie leży w sprycie, lecz w charakterze.

Przytoczone historie mogą wydawać się skrajnie różne — i ktoś mógłby zapytać: jak mogę porównywać czło­wieka zwerbowanego przez struktury zorganizowanej przestępczości do biznesmena, który działa w granicach prawa? A jednak mogę. Bo każda z tych historii niesie ten sam morał: ludzie mają naturalną skłonność do umniej­szania własnych przewinień i uspra­wiedliwiania nieprzyzwoitości, któ­rych się dopuszczają. Tworzą własne narracje, w których ich działania jawią się jako racjonalne, konieczne, a nie­kiedy wręcz godne podziwu. Zarówno ci, którzy z zimną kalkulacją produkują substancje degradujące ludzkie życie, jak i ci, którzy cynicznie wykorzystują prawną przewagę nad słabszymi czy zasłaniają się formalną poprawno­ścią – wszyscy oni rzadko postrze­gają swoje postępowanie jako złe. Bo najłatwiej usprawiedliwić się przed sobą, a sumienie uciszyć argumentem „takie są realia”.

Gdzie przebiega granica między by­ciem przyzwoitym człowiekiem a sku­tecznym biznesmenem? Gdzie granica między etyką a efektywnością? Czy w dobie dynamicznych zmian gospo­darczych i zauważalnej redefinicji norm moralnych granice te nie uległy rozmyciu?

Niestety, nie potrafię znaleźć odpo­wiedzi na te i podobne, wciąż nur­tujące mnie pytania. Mam jednak to szczęście, że na mojej życiowej drodze często pojawiają się osoby kompetentne, wiarygodne i obda­rzone solidnym zapleczem intelek­tualnym – do których mogę zwrócić się z dręczącymi mnie dylematami, mając niemal pewność, że pomogą mi je rozwiązać.

Jedną z takich osób jest niewątpli­wie Dariusz Duma – filozof, przed­siębiorca, trener i doradca z ponad 20-letnim doświadczeniem w ob­szarze przywództwa. Autor książki „Serce i portfel. Być sobą w pracy”, w której porusza temat integracji ży­cia zawodowego z osobistymi war­tościami. Oto zredagowany wywiad z Dariuszem.

Dariusz Duma

Darku, wracając do granic, o których wspominałem – czy Twoim zdaniem można osiągnąć sukces zawodowy, nie rezygnując z moralnych zasad?

Tak, można, a nawet trzeba, ale wy­maga to przedefiniowania samego pojęcia sukcesu. Prawdziwy sukces to nie tylko osiągnięcia materialne – to przede wszystkim możliwość patrzenia w lustro bez wstydu, ze spokojem i satysfakcją, oddychając pełną piersią. Bo czym tak naprawdę jest udane, szczęśliwe życie? Najkrócej: kochaj, pracuj, baw się – bądź sobą. Korzystaj dobrze ze swojej wolności i czasu. Słabe życie to choroba, na którą się umiera… Historia pokazuje nam, że ci, którzy budują swoje osiągnięcia i relacje na fundamentach przyzwoitości, tworzą coś trwalszego niż ci, którzy wybierają skróty przez nieetyczne praktyki. Sukces oparty na moral­nych zasadach może przyjść wolniej, ale jest prawdziwszy – bardziej sa­tysfakcjonujący, nie pozostawia po sobie niepokoju, żalu ani wyrzutów sumienia. Największą karą kłamcy jest to, że nikomu nie potrafi zaufać… a za Zbigniewem Herbertem przypo­mnijmy sobie, że „w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak, smaku. W którym są włókna duszy i chrząstki sumienia”.

Możesz wyjaśnić, dlaczego w dzisiej­szym świecie tak łatwo zatracić się w pogoni za szybkim sukcesem?

Współczesny świat bombarduje nas komunikatami o tym, że liczy się tylko wynik końcowy, a droga do niego jest drugorzędna. Media lansują wzorce „skutecznych” ludzi, często pomija­jąc sposób, w jaki osiągnęli swoje cele. W kulturze instant wszystko ma być szybko, łatwo i bez wysiłku. To sprawia, że cierpliwość, wytrwałość i mozolna praca nad charakterem wydają się przestarzałe. Dodatkowo brak silnych autorytetów moralnych w przestrzeni publicznej sprawia, że nie mamy pozytywnych wzorców przy­zwoitości. Nie kreuje się dziś takich bohaterów.

Jakie wartości, Twoim zdaniem, naj­częściej są dziś spychane na margines w świecie biznesu?

Przede wszystkim uczciwe traktowa­nie partnerów biznesowych, szacunek dla pracowników i ich godności, do­trzymywanie słowa, transparentność w działaniach oraz odpowiedzialność społeczna. W pogoni za zyskiem czę­sto zapomina się o tym, że po drugiej stronie kontraktu stoi człowiek, z jego godnością, potrzebami i problemami. Empatia, solidarność i wzajemne za­ufanie ustępują miejsca cynizmowi i wyrachowaniu. No i przemocowość w relacjach – wygrywa silniejszy, on dyktuje zasady gry i to on decyduje, co jest dopuszczalne, a co nie.

Dziś rozmawiamy o przyzwoitości. Czy uważasz, że we współczesnym świecie jest ona wartością niemodną czy po prostu zaniedbaną?

Przyzwoitość nie jest niemodna – jest po prostu zaniedbana i niedocenio­na. A jednak większość kobiet, które znam, chce, by ich mężczyzna był jak Ryszard Lwie Serce albo „przedwojen­ni gentlemani”. Większość mężczyzn poszukuje kobiety z klasą – i nie chodzi wcale o markowe ubrania czy torebki. W głębi serca ludzie wciąż tęsknią za uczciwością, szacunkiem i sprawiedliwością. Problem pole­ga na tym, że te wartości wymaga­ją pracy nad sobą, samodyscypliny i czasem rezygnacji z łatwych zysków i blichtru. W świecie, który chwali „smart” rozwiązania, przyzwoitość może wydawać się naiwna, ale to złudzenie. To właśnie ona daje funda­ment pod trwałe relacje i prawdziwe szczęście.

A jak przyzwoitość nadaje sens nasze­mu istnieniu?

Przyzwoitość pozwala nam spojrzeć w lustro bez wstydu i powiedzieć: „Żyję zgodnie ze swoimi wartościami”. Daje poczucie, że nasze życie ma głębszy sens niż tylko gromadzenie dóbr ma­terialnych. Kiedy traktujemy innych z szacunkiem i działamy uczciwie, stajemy się częścią czegoś większego niż my sami. Przyzwoitość to inwesty­cja w to, kim chcemy być, a nie tylko w to, co chcemy mieć. Otwiera drogę do prawdziwej relacji – jeśli jestem godzien zaufania – mogę zaufać i za­angażować się naprawdę. A prawdziwe relacje, oparte na zaufaniu i zaanga­żowaniu, są fundamentem naszego szczęścia.

Jakie cechy stanowią prawdziwą siłę człowieka?

Prawdziwą siłą jest charakter – umie­jętność pozostania wiernym swoim zasadom nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy i kiedy to się z pozoru nie opła­ca. To odwaga, by powiedzieć „nie” nieetycznym propozycjom, nawet gdy wydają się korzystne. To pokora, by przyznać się do błędu i go naprawić. To konsekwencja w działaniu zgodnie z własnymi wartościami, niezależnie od zewnętrznych presji. Fizyczna siła czy spryt to tylko narzędzia – prawdziwa siła leży w tym, jak z tych narzędzi korzystamy.

I na koniec: czy naiwność w świecie pełnym kalkulacji może być wartością ocalającą?

Naiwność to nie to samo co przy­zwoitość. Można być przyzwoitym, a jednocześnie roztropnym i świa­domym realiów świata. Prawdziwa „naiwność” polega na wierze w to, że można żyć uczciwie i odnosić sukce­sy, nie rezygnując z człowieczeństwa. Ta „naiwność” jest w rzeczywistości życiową mądrością i formą heroizmu – odwagi, by zmieniać świat na lepsze, zaczynając od siebie. To właśnie tacy „naiwni” ludzie ratują nasz świat – inicjują i wprowadzają najważniejsze zmiany społeczne. Prawdziwe pytanie – ostrzeżenie – brzmi: czy u kresu naszych dni bę­dziemy mogli powiedzieć, że żyliśmy wartościowo, czy tylko opłacalnie?

Dziękuję za tę rozmowę – była dla mnie ważna i naprawdę inspiru­jąca. Pokazałeś mi kilka rzeczy z nowej perspektywy, za co jestem Ci szczególnie wdzięczny. Pozwól, że na zakończenie przywołam słowa Władysława Bartoszewskiego: „Nie wszystko, co się opłaca, jest wartościowe, i nie wszystko, co wartościowe, się opłaca”. Niech te słowa staną się puentą naszego spotkania i trafnym podsumowaniem naszej wymiany myśli.

Tekst: Marcin Bąk

fot. Beata Wróblewska

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.