O przyzwoitości tym razem rzecz ma traktować. O byciu przyzwoitym człowiekiem. Tak, wiem. Temat ryzykowny, niemodny, niemal zapomniany. Archaiczny niczym relikt minionych epok. Wymarły jak dinozaury. Zepchnięty na margines, jak stare księgi pokryte kurzem. W młodzieżowym języku potocznym słowa „przyzwoity” próżno by dziś szukać. Utknęło gdzieś między hasztagami a sloganami sukcesu.
Gdyby zapytać dziś młodych ludzi, kim chcieliby zostać, usłyszelibyśmy zapewne: znanym influencerem, wpływowym politykiem, zaradnym i bogatym przedsiębiorcą, mistrzem sztuk walki… Ale odpowiedzi: „chciałbym być przyzwoitym człowiekiem” – raczej byśmy nie uzyskali.
By wierzyć, że zagadnienie to zasługuje jeszcze na czyjąkolwiek uwagę, trzeba mieć w sobie nieprzyzwoitą wręcz naiwność. A jednak… Podejmuję rzucone przez życie wyzwanie i staję w szranki z cynizmem współczesności. Wierzę bowiem, że temat ten wciąż wart jest refleksji, a bycie przyzwoitym człowiekiem niesie ze sobą tak dużo dobra, że trudno to sobie nawet wyobrazić.
Nie jestem „odklejonym od rzeczywistości” marzycielem ani pismakiem snującym opowieści o abstrakcyjnych ideach. Siwe włosy i głębokie bruzdy na moim czole to nie tylko znak upływającego czasu. To mapa doświadczeń, które wyryło we mnie życie, prowadząc przez kręte, często zdradliwe meandry losu. Stąpam twardo po ziemi. Z niejednego pieca jadłem chleb, niejedno widziałem, niejedno przeżyłem.
Decyzja o uporządkowaniu własnego wnętrza i zadbaniu o jego higienę, o podjęciu trudu mozolnego kształtowania siebie na kogoś, kogo mógłbym bez strachu o zdemaskowanie nazwać „przyzwoitym człowiekiem”, dojrzewała we mnie latami. Była wynikiem bolesnych lekcji, gorzkich refleksji i trudnych, ale koniecznych wniosków. Z kolei idea uwypuklenia tematu przyzwoitości na łamach magazynu LBQ pojawiła się niespodziewanie – niczym błysk inspiracji, której nie sposób zignorować.
A ZACZĘŁO SIĘ TAK…
Jakiś czas temu zadzwonił do mnie pracownik jednego z banków, w którym mam ulokowane swoje oszczędności. Z charakterystyczną dla siebie zawodową uprzejmością poinformował mnie, że mam dużą zdolność kredytową – aż do… fiu, fiu, aż sam się zdziwiłem! I przy okazji zapytał, czy nie potrzebuję czasem jakiegoś kredytu – no cóż, taki charakter pracy. Grzecznie odmówiłem, podziękowałem i zapewniłem, że będę pamiętał o złożonej propozycji.
Poczułem pewien rodzaj samozadowolenia, że przez lata tak ładnie wypracowałem sobie wiarygodność w świecie bankowości. Faktycznie korzystam z oferowanych usług bankowych w pełnym zakresie. Regularnie, co miesiąc, odnotowuję wpływy z wynagrodzenia za swoją pracę. Systematycznie też reguluję wszystkie swoje finansowe zobowiązania. Mogę więc z perspektywy analityka bankowego uchodzić za osobę transparentną i godną zaufania.
Zreferowałem siedzącej obok mnie narzeczonej Ilonie przebieg przeprowadzonej rozmowy, po czym, jak to się mawia, „z głupia frant”, dodałem:
– Więc, kochanie, możemy być spokojni. Poradzimy sobie nawet wtedy, gdybyśmy oboje nagle stracili źródła dochodu i wszystkie oszczędności.
Ilona, zaintrygowana moimi słowami, oderwała wzrok od książki, którą właśnie wertowała, i spojrzała na mnie w taki sposób, jakby chciała zapytać, dokąd zmierzam. Zachęcony jej spojrzeniem, popuściłem wodze fantazji i kontynuowałem:
– Mając tak wypracowaną wiarygodność, nawet bez aktualnych oszczędności, mógłbym bardzo szybko zarobić dużą sumę pieniędzy – gdybym tylko naprawdę tego chciał i uczynił z tego swój priorytet. Wystarczyłoby zaciągnąć kredyt w wysokości, powiedzmy, 50 tysięcy złotych, żeby w ciągu tygodnia zbudować małe laboratorium chemiczne i wyposażyć je w niezbędny sprzęt oraz składniki potrzebne do produkcji… na przykład amfetaminy. W 48 godzin wyprodukowałbym około 30 kilogramów tej substancji, co – według czarnorynkowych stawek (zgodnie z metodą obliczeniową stosowaną przez policję) – dałoby naprawdę pokaźną kwotę. Prawdę mówiąc, nie wiem, ile kosztuje gram tego świństwa, ale przyjmując orientacyjną cenę 50 złotych, kilogram przyniósłby 50 tysięcy. Mnożąc to przez 30, mamy wynik: półtora miliona złotych w tydzień. Całkiem nieźle, biorąc pod uwagę początkową inwestycję rzędu 50 tysięcy – nawet z odsetkami od kredytu.
– Niemożliwe. Upraszczasz temat – odpowiedziała trzeźwo myśląca strona mojej dziennikarki. – Cały ten proceder nie może być aż tak prosty, bo gdyby był, amatorów szybkiego i łatwego zarobku byłyby miliony. Proces wytwarzania tej substancji musi być bardzo skomplikowany. To przecież nie wielkanocna babka, na którą przepis można znaleźć na pierwszej lepszej stronie kulinarnej. A składniki niezbędne do produkcji są zapewne trudno dostępne, o ile w ogóle możliwe do zdobycia – argumentowała, chcąc obnażyć moją chłopięcą fantazję i całkowitą ignorancję.
– To prawda – przyznałem, ale dalej zaciekle broniłem swoich racji. – Wiedza na temat produkcji takich substancji nie jest powszechnie dostępna, a każdy z wymaganych składników znajduje się na liście produktów zakazanych i pozostaje poza zasięgiem przeciętnego Kowalskiego. Ale te argumenty nie dotyczą tych, którzy znają „odpowiednich” ludzi. W takim przypadku zdobycie zarówno wiedzy, jak i potrzebnych komponentów staje się możliwe. W końcu problem narkotyków nadal istnieje, a skoro tak, to znaczy, że ktoś je jednak produkuje. – Zakończyłem swoją wypowiedź z nutą triumfu.
– Szalony marzyciel! – wybuch nieoczekiwanego śmiechu zbił mnie z tropu. – Rozpędziłeś się tak w tych swoich fantazjach, że zaraz dostaniesz mandat za przekroczenie prędkości! – śmiała się dalej, a jej śmiech okazał się zaraźliwy Po chwili i ja parsknąłem śmiechem.
– Mandat za zbyt dużą prędkość czy za brak przyzwoitości? – pozwoliłem sobie pociągnąć żart dalej.
Nagle jej twarz spoważniała. Jej wzrok przeszył mnie tak intensywnie, że zamarłem, słysząc:
– Ale wiesz, że ja nie mogłabym być z kimś, kto próbuje budować swoje szczęście, degradując życie innych ludzi. Prawda?
– Oczywiście, kochanie – odpowiedziałem równie poważnym tonem. – Przyzwoici faceci nie angażują się w tego typu działania. Produkcja i dystrybucja narkotyków to moim zdaniem wręcz eksterminacja rodzaju ludzkiego. Amfetamina to produkt końcowy powstały w wyniku połączenia, między innymi, kwasu solnego, siarkowego, mrówkowego, rozpuszczalników oraz wodorotlenku sodu – substancji żrącej, przypominającej domowy środek do udrażniania rur („Kret”), ale o znacznie wyższym stężeniu. Mówimy więc o substancji, której każdy składnik – nawet stosowany oddzielnie – może być śmiertelnie niebezpieczny.
– I pomyśleć, że są zwyrodnialcy, którzy potrafią oferować ten „specyfik” młodym ludziom, argumentując, że pomoże im lepiej przyswajać wiedzę w czasie intensywnych przygotowań, na przykład przed maturą. Barbarzyńcy!
Zaciśnięte pięści i wyostrzone rysy twarzy zdradzały, że moja interlokutorka zaczęła przeżywać tę rozmowę naprawdę głęboko.
– Tak, to najwyższa forma cynizmu i perfidii – przyznałem, bo nie mogłem się z nią nie zgodzić.
Wdychana przez nozdrza amfetamina momentalnie dociera do mózgu i – mówiąc kolokwialnie – zaczyna go gotować.
– Czym tłumaczy się taki jeden czy drugi delikwent? – drążyła dalej. – Nie mam pojęcia – wyznałem szczerze. – Może banałem typu „brudna robota, ale czysty zysk” albo „nikt nikogo przecież do niczego nie zmusza” – odparłem, próbując sam zrozumieć mechanizm wyciszania sumienia u takich ludzi.
– A pamiętasz ten fragment z Ewangelii Mateusza? — zapytała po chwili ciszy. — „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?”
Jej głos stłumił się nagle, jakby przygasł, a spojrzenie uciekło gdzieś w dal. Zanurzyła się w zadumie. Mnie także ta rozmowa porwała na wyżyny refleksji. Jaki naprawdę jestem? Czy zasługuję uczciwie na miano przyzwoitego człowieka? Jacy jesteśmy – my, ludzie?
Przyzwoitość, według definicji, to postawa i sposób postępowania zgodne z powszechnie akceptowanymi normami moralnymi, obyczajowymi i kulturowymi. Patrząc na degrengoladę współczesnego świata, na chłam lansowany przez media, na postawy celebrytów kreujących dzisiejsze trendy (często pozbawione klasy, elegancji i jakichkolwiek wartości ), a także na działania państwowych urzędników, które w wielu przypadkach ukazują całkowity brak kompetencji i epatują bezkarnością, zaczynam się zastanawiać… Czym dziś jest uczciwość? Czym dziś jest zbiór zasad moralnych? Czy to wszystko nie zostało przypadkiem zdeformowane? Czy obserwując poczynania współczesnego człowieka, nie odnosi się wrażenia, że istotą jego natury jest egoizm i potrzeba zaspokojenia tylko jego potrzeb, nawet kosztem cierpienia innych?
Bob Proctor w jednej ze swoich książek pięknymi słowami zdefiniował każdego z nas: „Zwróć uwagę na fakt: jesteś najwyższą formą stworzenia na Ziemi. W Biblii napisane jest, że człowiek to istota uprzywilejowana, mająca panować nad ziemią i wszystkimi jej stworzeniami”.
Piękne i tak dumnie brzmiące słowa…
Jak to się więc stało, że ta wyjątkowa istota stanęła w opozycji do całego otaczającego go świata? Świat bowiem kieruje się prawem przyrody. Prawem zdominowanym przez altruizm, nie egoizm. Nieustającym tańcem dawania i brania, w którym energia i materia krążą w nieskończonym cyklu. W koncepcji współzależnego powstawania, gdzie nikt i nic nie istnieje tylko dla siebie.
Jako młody chłopak założyłem firmę budowlaną. Nie miałem dużego kapitału początkowego ani żadnych koneksji, które ułatwiłyby mi zdobywanie lukratywnych kontraktów. Miałem za to ogromną wolę do pracy, głowę pełną pięknych idei i serce przepełnione wiarą. Wierzyłem, że ciężką, solidną pracą i uczciwym podejściem – także wobec moich pracowników – zbuduję renomę i stanę się rozpoznawalnym graczem na lokalnym rynku.
Ta strategia zaczynała przynosić efekty. Zlecenia stawały się coraz poważniejsze. Wciąż byłem zbyt mały, by stawać do dużych przetargów i konkurować z lokalnymi gigantami, ale zaczęli mnie zauważać. Coraz częściej pojawiały się oferty współpracy w roli podwykonawcy. Specjalizowaliśmy się głównie w galanterii betonowej i brukarstwie, a moim marzeniem było przenieść się z domowych podwórek na wielkie place przemysłowe – tam, gdzie metry kwadratowe szły w tysiące, a za nimi szły realne pieniądze.
Kiedy więc zgłosił się do mnie jeden z czołowych graczy z propozycją współpracy, nie wahałem się ani chwili. Mówił, że ma tyle zleceń w sezonie, że połowę musi oddać podwykonawcom. Malował przede mną bajeczne perspektywy. Podpisaliśmy umowę, a ja – pełen zapału – z ekipą wykonałem zlecenie z dbałością o każdy detal. Nie byłem szefem zza biurka – pracowałem razem z chłopakami i szczodrze wynagradzałem ich wysiłki. Mój entuzjazm udzielał się całej ekipie, bo wiedzieli, że każdy z nas skorzysta na rozwoju firmy.
Po zakończeniu pierwszego zlecenia, kontrahent rozliczył się skrupulatnie, wyraził zadowolenie i od razu zaproponował kolejne zadanie.
– Wiem, Marcin, że jesteście zmęczeni, ale tamta robota już powinna być w toku. Terminy gonią. Bardzo mi zależy, żebyście jak najszybciej przenieśli się na drugą budowę – powiedział.
Imponowało mi, że nasze relacje miały niemal koleżeński charakter. Zgodziłem się bez wahania. Wręczył mi też plik banknotów:
– To na motywację dla chłopaków – rzucił.
Byłem mile zaskoczony.
– To może podpiszemy jakąś umowę przedwstępną, a ja pokwituję odbiór tych pieniędzy? – zaproponowałem.
– Marcin, Marcin… ważni są ludzie, a nie formalności. Widzę, że jesteście solidni. Nie boję się, że mnie oszukacie. Zrobisz robotę, policzysz metry – rozliczymy się. Nie utrudniajmy sobie pracy pierdołami – powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Tak po kumpelsku.
Czułem się wtedy naprawdę dobrze. Miałem wrażenie, że nawiązała się między nami jakaś nić zaufania. Nie chciałem wyjść na sztywniaka i formalistę. Byłem młody i naiwny. Przystałem na to.
Po zakończeniu kolejnego zlecenia zadzwonił do mnie i zaprosił do swojego biura. Usiadłem naprzeciw niego, za dużym, drogim biurkiem. Od razu wyczułem zmianę w jego tonie i nastawieniu.
– Powiem wprost – zaczął bez skrupułów. – Budowlanka to ciężki temat. Tu trzeba być ch…m, żeby przetrwać. Żeby wygrać przetarg, trzeba ciąć koszty. A takie koszty tnie się na firmach takich jak twoja.
Mówił to z taką lekkością, jakby recytował dobrze znany monolog. Widać, że tego typu przekręty miał opanowane do perfekcji.
– Mam tu kamerę, która nagrywa całe spotkanie, a pod biurkiem przycisk antynapadowy. Nie rób więc scen. Wyjdź grzecznie, bo tylko narobisz sobie kłopotów. Nie mamy żadnej umowy, więc nawet jeśli pójdziesz do sądu, nic nie uzyskasz. Ucz się, Marcin, życia. Bo życie to twardy skurczybyk.
Wstałem, oszołomiony. Ciśnienie dudniło mi w głowie. Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem – ten absolutny brak szacunku dla mnie i mojej ciężkiej pracy. To była sytuacja nie do zniesienia. Pieniądze? Pal licho, odrobię. Ale zdeptana duma, niesprawiedliwość, której właśnie doświadczam i, co chyba najgorsze dla młodego mężczyzny, to dojmujące poczucie bezradności. Żebym chociaż mógł charakternie, jak za dawnych lat, dać mu po pysku. Ale mam świadomość, że nie mogę. Obaj ją mamy. Nie mogę znieść triumfującego spojrzenia tego małego, chudego cwaniaczka. W konfrontacji ulicznej nie wytrzymałby ze mną nawet trzydziestu sekund. Ale to ja muszę teraz wyjść z podkulonym ogonem. Jak zbity kundel.
Kiedy w ludzkich sercach umiera przyzwoitość, na tron wstępują egoizm i bezduszność. W świecie pozbawionym tarczy uczciwości, ludzie stają się bezbronni wobec niesprawiedliwości i kłamstwa. Bo tam, gdzie milknie głos sumienia, nie obowiązuje już żadne prawo moralne – rządzi wyłącznie prawo silniejszego. A w dzisiejszych czasach miarą siły coraz częściej staje się nie odwaga ani honor, lecz umiejętność manipulacji i przebiegłych kłamstw.

W tak nieprzyjaznych człowiekowi czasach, nawet najsilniejsi mogą doświadczyć uczucia bezsilności. Przykładem tego jest kulturysta i strongman Robert Burneika. Na swojej oficjalnej stronie zamieścił apel dotyczący niebotycznych kosztów utrzymania siłowni, którą prowadzi. Robert, znany przede wszystkim z imponujących gabarytów (obwód bicepsa 63 cm!) i sportowych osiągnięć, jest nie tylko postacią medialną, ale – a może przede wszystkim – ojcem, mężem i przedsiębiorcą. Zastanawiając się publicznie, czy w Polsce da się w ogóle prowadzić własny biznes, zaczął wyliczać koszty: 10 tysięcy złotych za prąd, opłaty za szambo, wynagrodzenia dla pracowników i aż 19 tysięcy złotych za gaz! – i co zostaje człowiekowi na życie? W jego głosie słychać było tę samą irytację, która kiedyś krzyczała również we mnie. BEZSILNOŚĆ SIŁACZA stała się nie tylko oksymoronem, ale też smutnym życiowym doświadczeniem.
Okazało się, że umowa, którą Robert podpisał z przedstawicielem firmy dostarczającej gaz, zawierała pewien prawny kruczek. Sprzedawca, zapewniający o stałej cenie dostawy, „zapomniał” wspomnieć, że na jednej z dalszych stron znajduje się aneks, zawierający informacje, że po wyznaczonym okresie czasu usługa za dostawę gazu wzrośnie niemal pięciokrotnie! Oczywiście Robert jako strona zawierająca umowę, powinien szczegółowo przeanalizować wszystkie punkty, paragrafy i niuanse prawne umowy, bo to one często zaważyć mogą – jak w przypadku strongmana – na niekorzyść kontrahenta. Ale czy można oczekiwać, że każdy z nas będzie ekspertem prawnym, zanim podejmie decyzję o podpisaniu dokumentu? Problem polega właśnie na tym, że przeciętny konsument nie jest najczęściej w stanie dogłębnie zrozumieć treści umów. Wykorzystują to duże firmy mające za sobą sztab prawników, którzy konstruują zagmatwane, długie umowy z ukrytymi licznymi „haczykowatymi” zapisami.
Kiedy więc nadszedł dzień rozliczenia, zdziwienie Roberta było nie mniejsze niż jego bicepsy. Zobaczył bowiem, że rachunek wzrósł z 4 do 19 tysięcy złotych. Z prawnego punktu widzenia nie ma tu żadnych niezgodności. Prawo stanowi bowiem tak, że podpisanie dokumentu oznacza akceptację wszystkich jego postanowień i nie pozostawia miejsca na wymówki w postaci „nieznajomości”, co wyraża zasada ignorantia juris non excusat. Która oznacza to, że brak pełnej wiedzy na temat treści umowy nie zwalnia z odpowiedzialności. W praktyce podpisanie dokumentu jest więc równoznaczne z przyjęciem na siebie wszelkich zobowiązań wynikających z jego treści.
W społeczeństwie, w którym przyzwoitość – rozumiana jako postępowanie zgodne z fundamentalnymi wartościami, takimi jak uczciwość i wzajemny szacunek – przestaje być wewnętrznym kompasem kierującym naszym zachowaniem, a dążenie do doskonałości moralnej staje się wręcz powodem do drwin, przeciętny człowiek coraz częściej pada ofiarą postaw pełnych cynizmu i wyrachowanej kalkulacji. Nagminne i społecznie akceptowalne stało się stosowanie nieuczciwych praktyk w celu zwiększenia zysków.
Marta i Tadeusz to małżeństwo, które może poszczycić się wieloma osiągnięciami w sferze biznesowej. Z powodzeniem prowadzą zarówno firmę transportową, jak i budowlaną, a także działają w kilku innych branżach. Marta z dumą zawsze mówi o swoim mężu, że to prężnie działający biznesmen. Podkreśla, że daje pracę wielu ludziom, jest uczciwy i dba o rodzinę, z którą co niedzielę chodzi na mszę do lokalnego kościoła. Można by uznać ich za przykładne i szczęśliwe małżeństwo, od którego warto czerpać wzorce. Z Tadeuszem łączy mnie pasja do sportu – czasem spotykamy się towarzysko. Kiedy więc zaproponował mi współpracę, mimo nauczki, jaką dostałem od Pana X, zgodziłem się poświęcić kolejny sezon budowlany na współpracę z jego firmą. W planach było ułożenie wielu tysięcy metrów kwadratowych kostki brukowej, a terminy zakończenia robót wskazywały, że będę musiał utrzymać bardzo rygorystyczne tempo pracy – średnio 500 m² dziennie. Była to kostka przemysłowa, układana na dużej, prostej powierzchni. Analizując plany budowy, doszedłem do wniosku, że spełnię wymogi zawarte w umowie. Tadeusz obiecał też wsparcie ciężkim sprzętem, którego jeszcze nie posiadałem, więc wykonanie zadania wydawało się realne. Dla mnie – wciąż marzącego o rozwoju i rozpostarciu skrzydeł – była to nie tylko szansa na dobry zarobek, ale także na zdobycie doświadczenia przy pracy na dużych powierzchniach. Zorganizowałem naradę z chłopakami i podpisaliśmy umowę. To lato było jednak wyjątkowo upalne. Duży plac, na którym nie było ani kawałka cienia, dawał się we znaki. W miejscach, gdzie stały rozgrzane, blaszane hale, żar lał się z nieba jak z piekarnika – temperatura sięgała chyba 60 stopni. Praca w takich warunkach przypominała piekło. Ekstremalne upały znacznie obniżały wydajność. Bałem się, że ktoś z ekipy dostanie udaru. Widziałem, jak chłopcy ledwo trzymali się na nogach. Zacząłem sobie uświadamiać, że wciąż nie wiem wszystkiego o tej branży i nie wziąłem pod uwagę tak niekorzystnych warunków. Do tego doszło zmęczenie. W poprzednich sezonach umawiałem się z pracownikami, że weekendy mają wolne. Wiedziałem, że pięć dni tak ciężkiej pracy wystarczy, a żeby naprawdę odpocząć, trzeba mieć wolną sobotę i niedzielę. Teraz, gdy goniły nas terminy i pracowaliśmy kolejną sobotę z rzędu, widziałem, jak morale słabnie, jak gaśnie duch pracy. Wszyscy byliśmy wykończeni.
Umowa to jednak umowa. Ludzie z firmy Tadeusza pracowali tuż obok, również w każdą sobotę, równie ciężko jak my. Dzieliłem się tymi obserwacjami z moją ekipą, jakby chcąc usprawiedliwić trudną sytuację i dodać trochę otuchy sobie i im. Tadeusz miał po prostu bardzo wyśrubowane standardy. Czasem rozmawiałem z jego pracownikami i pytałem, czy się nie buntują, że muszą pracować w każdą sobotę. Mówiłem, że dla mnie to nowość, bo zmusiła mnie do tego sytuacja. Większość jego ludzi pochodziła z okolicznych małych miejscowości, gdzie panowało duże bezrobocie i brakowało alternatyw. Mój obraz Tadeusza jako „super bohatera” zaczął się kruszyć. Kiedy dowiedziałem się, że większość jego pracowników pracuje za najniższą krajową – całkowicie legł w gruzach. Zacząłem rozumieć fenomen jego sukcesu. Wykorzystując wysokie bezrobocie i brak perspektyw w regionie, zmuszał zdesperowanych ludzi do bardzo ciężkiej pracy za minimalne wynagrodzenie. Był dobrym biznesmenem – to fakt. Ale ile człowieka w nim jeszcze zostało?
Bardzo szybko miałem się o tym przekonać. Wiedząc, że przez ekstremalne warunki pogodowe nie uda mi się utrzymać tempa zakładanego w umowie, pojechałem do biura, by wytłumaczyć sytuację i wynegocjować kilka dodatkowych dni na ukończenie zlecenia. Tadeusz przyjął mnie uprzejmie. Usiedliśmy, zaproponował mi kawę, a ja przedstawiłem mu całą sytuację. Słuchał uważnie, kiwał głową ze zrozumieniem. Po chwili wstał, wyjął umowę i powiedział: – Marcin, ja to wszystko rozumiem. Jesteśmy kolegami, ale to jest biznes. Odnoszę sukcesy, bo mam dużą dyscyplinę pracy. Obowiązują mnie terminy. I ciebie też muszą. Inaczej się nie da. Jeśli nie wyrobisz się zgodnie z terminem zapisanym w umowie, będę musiał naliczyć ci kary umowne za każdy dzień zwłoki. Umowa to umowa. Zatrudnij więcej ludzi do pracy to się wyrobisz. – Ale jeśli zatrudnię więcej ludzi, to większą część z umówionej kwoty będę musiał przeznaczyć na ich wynagrodzenia i nie starczy dla mnie – odpowiedziałem szczerze, próbując jeszcze uderzyć w jego sumienie. – Przykra sprawa – rozłożył ręce – ale to ty jesteś szefem w swojej firmie i ty ponosisz za nią odpowiedzialność. A podpisanie umowy oznacza pełne przyjęcie na siebie jej warunków, nawet gdy postanowienia w niej zawarte okazują się bardzo restrykcyjne. Umowa to umowa – powtórzył z naciskiem, jeszcze raz dając mi tym znać, że spotkanie uważa za zakończone…
Bycie człowiekiem sukcesu nie musi oznaczać rezygnacji z człowieczeństwa – choć aby nigdy nie zapominać o fundamentalnych wartościach, które czynią z nas ludzi, trzeba odwagi, pokory i świadomości, że prawdziwa siła nie leży w sprycie, lecz w charakterze.
Przytoczone historie mogą wydawać się skrajnie różne — i ktoś mógłby zapytać: jak mogę porównywać człowieka zwerbowanego przez struktury zorganizowanej przestępczości do biznesmena, który działa w granicach prawa? A jednak mogę. Bo każda z tych historii niesie ten sam morał: ludzie mają naturalną skłonność do umniejszania własnych przewinień i usprawiedliwiania nieprzyzwoitości, których się dopuszczają. Tworzą własne narracje, w których ich działania jawią się jako racjonalne, konieczne, a niekiedy wręcz godne podziwu. Zarówno ci, którzy z zimną kalkulacją produkują substancje degradujące ludzkie życie, jak i ci, którzy cynicznie wykorzystują prawną przewagę nad słabszymi czy zasłaniają się formalną poprawnością – wszyscy oni rzadko postrzegają swoje postępowanie jako złe. Bo najłatwiej usprawiedliwić się przed sobą, a sumienie uciszyć argumentem „takie są realia”.
Gdzie przebiega granica między byciem przyzwoitym człowiekiem a skutecznym biznesmenem? Gdzie granica między etyką a efektywnością? Czy w dobie dynamicznych zmian gospodarczych i zauważalnej redefinicji norm moralnych granice te nie uległy rozmyciu?
Niestety, nie potrafię znaleźć odpowiedzi na te i podobne, wciąż nurtujące mnie pytania. Mam jednak to szczęście, że na mojej życiowej drodze często pojawiają się osoby kompetentne, wiarygodne i obdarzone solidnym zapleczem intelektualnym – do których mogę zwrócić się z dręczącymi mnie dylematami, mając niemal pewność, że pomogą mi je rozwiązać.
Jedną z takich osób jest niewątpliwie Dariusz Duma – filozof, przedsiębiorca, trener i doradca z ponad 20-letnim doświadczeniem w obszarze przywództwa. Autor książki „Serce i portfel. Być sobą w pracy”, w której porusza temat integracji życia zawodowego z osobistymi wartościami. Oto zredagowany wywiad z Dariuszem.

Darku, wracając do granic, o których wspominałem – czy Twoim zdaniem można osiągnąć sukces zawodowy, nie rezygnując z moralnych zasad?
Tak, można, a nawet trzeba, ale wymaga to przedefiniowania samego pojęcia sukcesu. Prawdziwy sukces to nie tylko osiągnięcia materialne – to przede wszystkim możliwość patrzenia w lustro bez wstydu, ze spokojem i satysfakcją, oddychając pełną piersią. Bo czym tak naprawdę jest udane, szczęśliwe życie? Najkrócej: kochaj, pracuj, baw się – bądź sobą. Korzystaj dobrze ze swojej wolności i czasu. Słabe życie to choroba, na którą się umiera… Historia pokazuje nam, że ci, którzy budują swoje osiągnięcia i relacje na fundamentach przyzwoitości, tworzą coś trwalszego niż ci, którzy wybierają skróty przez nieetyczne praktyki. Sukces oparty na moralnych zasadach może przyjść wolniej, ale jest prawdziwszy – bardziej satysfakcjonujący, nie pozostawia po sobie niepokoju, żalu ani wyrzutów sumienia. Największą karą kłamcy jest to, że nikomu nie potrafi zaufać… a za Zbigniewem Herbertem przypomnijmy sobie, że „w gruncie rzeczy była to sprawa smaku, tak, smaku. W którym są włókna duszy i chrząstki sumienia”.
Możesz wyjaśnić, dlaczego w dzisiejszym świecie tak łatwo zatracić się w pogoni za szybkim sukcesem?
Współczesny świat bombarduje nas komunikatami o tym, że liczy się tylko wynik końcowy, a droga do niego jest drugorzędna. Media lansują wzorce „skutecznych” ludzi, często pomijając sposób, w jaki osiągnęli swoje cele. W kulturze instant wszystko ma być szybko, łatwo i bez wysiłku. To sprawia, że cierpliwość, wytrwałość i mozolna praca nad charakterem wydają się przestarzałe. Dodatkowo brak silnych autorytetów moralnych w przestrzeni publicznej sprawia, że nie mamy pozytywnych wzorców przyzwoitości. Nie kreuje się dziś takich bohaterów.
Jakie wartości, Twoim zdaniem, najczęściej są dziś spychane na margines w świecie biznesu?
Przede wszystkim uczciwe traktowanie partnerów biznesowych, szacunek dla pracowników i ich godności, dotrzymywanie słowa, transparentność w działaniach oraz odpowiedzialność społeczna. W pogoni za zyskiem często zapomina się o tym, że po drugiej stronie kontraktu stoi człowiek, z jego godnością, potrzebami i problemami. Empatia, solidarność i wzajemne zaufanie ustępują miejsca cynizmowi i wyrachowaniu. No i przemocowość w relacjach – wygrywa silniejszy, on dyktuje zasady gry i to on decyduje, co jest dopuszczalne, a co nie.
Dziś rozmawiamy o przyzwoitości. Czy uważasz, że we współczesnym świecie jest ona wartością niemodną czy po prostu zaniedbaną?
Przyzwoitość nie jest niemodna – jest po prostu zaniedbana i niedoceniona. A jednak większość kobiet, które znam, chce, by ich mężczyzna był jak Ryszard Lwie Serce albo „przedwojenni gentlemani”. Większość mężczyzn poszukuje kobiety z klasą – i nie chodzi wcale o markowe ubrania czy torebki. W głębi serca ludzie wciąż tęsknią za uczciwością, szacunkiem i sprawiedliwością. Problem polega na tym, że te wartości wymagają pracy nad sobą, samodyscypliny i czasem rezygnacji z łatwych zysków i blichtru. W świecie, który chwali „smart” rozwiązania, przyzwoitość może wydawać się naiwna, ale to złudzenie. To właśnie ona daje fundament pod trwałe relacje i prawdziwe szczęście.
A jak przyzwoitość nadaje sens naszemu istnieniu?
Przyzwoitość pozwala nam spojrzeć w lustro bez wstydu i powiedzieć: „Żyję zgodnie ze swoimi wartościami”. Daje poczucie, że nasze życie ma głębszy sens niż tylko gromadzenie dóbr materialnych. Kiedy traktujemy innych z szacunkiem i działamy uczciwie, stajemy się częścią czegoś większego niż my sami. Przyzwoitość to inwestycja w to, kim chcemy być, a nie tylko w to, co chcemy mieć. Otwiera drogę do prawdziwej relacji – jeśli jestem godzien zaufania – mogę zaufać i zaangażować się naprawdę. A prawdziwe relacje, oparte na zaufaniu i zaangażowaniu, są fundamentem naszego szczęścia.
Jakie cechy stanowią prawdziwą siłę człowieka?
Prawdziwą siłą jest charakter – umiejętność pozostania wiernym swoim zasadom nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy i kiedy to się z pozoru nie opłaca. To odwaga, by powiedzieć „nie” nieetycznym propozycjom, nawet gdy wydają się korzystne. To pokora, by przyznać się do błędu i go naprawić. To konsekwencja w działaniu zgodnie z własnymi wartościami, niezależnie od zewnętrznych presji. Fizyczna siła czy spryt to tylko narzędzia – prawdziwa siła leży w tym, jak z tych narzędzi korzystamy.
I na koniec: czy naiwność w świecie pełnym kalkulacji może być wartością ocalającą?
Naiwność to nie to samo co przyzwoitość. Można być przyzwoitym, a jednocześnie roztropnym i świadomym realiów świata. Prawdziwa „naiwność” polega na wierze w to, że można żyć uczciwie i odnosić sukcesy, nie rezygnując z człowieczeństwa. Ta „naiwność” jest w rzeczywistości życiową mądrością i formą heroizmu – odwagi, by zmieniać świat na lepsze, zaczynając od siebie. To właśnie tacy „naiwni” ludzie ratują nasz świat – inicjują i wprowadzają najważniejsze zmiany społeczne. Prawdziwe pytanie – ostrzeżenie – brzmi: czy u kresu naszych dni będziemy mogli powiedzieć, że żyliśmy wartościowo, czy tylko opłacalnie?
Dziękuję za tę rozmowę – była dla mnie ważna i naprawdę inspirująca. Pokazałeś mi kilka rzeczy z nowej perspektywy, za co jestem Ci szczególnie wdzięczny. Pozwól, że na zakończenie przywołam słowa Władysława Bartoszewskiego: „Nie wszystko, co się opłaca, jest wartościowe, i nie wszystko, co wartościowe, się opłaca”. Niech te słowa staną się puentą naszego spotkania i trafnym podsumowaniem naszej wymiany myśli.
Tekst: Marcin Bąk
fot. Beata Wróblewska


