Zostań członkiem

Otrzymuj najlepsze oferty i aktualizacje dotyczące Magazynu LBQ.

― Reklama ―

spot_img
Strona głównaWywiadyRafał Sonik: Pomaganie jest dla mnie ważniejsze niż własna konsumpcja

Rafał Sonik: Pomaganie jest dla mnie ważniejsze niż własna konsumpcja

Przedsiębiorca, sportowiec, ale przede wszystkim filantrop i tro­skliwy ojciec – Rafał Sonik w szczerej rozmowie wraca do korze­ni swoich wartości. Opowiada o lekcjach z PRL-u, genach dziadka­-społecznika, impulsie wstydu, który zapoczątkował akcję „Czyste Tatry”, i o tym, dlaczego pragnie, by jego syn był „dobry, mądry, empatyczny i zaradny”.

 

 

 

 

 

 

Aleksandra Podkówka-Poźniak: Jakie są zalążki wartości, które towarzyszą Panu przez całe życie? Skąd wzięła się potrzeba dzielenia się tym, co Pan ma?

Rafał Sonik: Początki sięgają głębo­kiego PRL-u. Wtedy niedostatek był codziennością, dotykał niemal każde­go. Doskonale pamiętam tamte czasy – marzenia o pomarańczach, bananach, adidasach. Już w latach 80., kiedy za­cząłem sobie dobrze radzić, zupełnie intuicyjnie, nie traktując tego jako po­moc, pożyczałem kolegom narty, na które sam zarobiłem, handlując nimi w liceum. Butów nie lubiłem pożyczać, ale nie potrafiłem też odmówić. Myślę, że to po prostu geny. Mój dziadek ze strony mamy był dyrektorem w zakła­dach mięsnych, a wtedy mięso było towarem reglamentowanym. Dziadek, mając swój deputat, dzielił się kart­kami i wędlinami ze znajomymi. Jego postawa wynikała m.in. z faktu, że cała rodzina pochodziła z Kresów – tam, żeby przetrwać, ludzie musieli sobie pomagać. Zatem gdy na początku lat 90. zetknąłem się z Siemachą, było dla mnie oczywiste, że muszę i chcę po­móc. Razem ze wspólnikiem byliśmy gotowi wydłużyć okres refinansowania inwestycji w McDonalda przy Floriań­skiej, by zebrać pieniądze na reakty­wację ośrodka dla dzieci przy Długiej. To było kilkaset tysięcy dolarów, które w ten sposób przedpłaciliśmy. Jednak nieistotne było, jak szybko spłaci się inwestycja. Najważniejsze, by dzieci otrzymały wsparcie.

Mówił Pan, że widok potrzebujących dzieci był w tamtych czasach wyrazi­sty. Czy to był główny motor do dzia­łania w przełomowych latach 80. i 90.?

Skoro z jednej strony rosły nasze możli­wości biznesowe i finansowe, a z drugiej potrzeby dzieci stawały się coraz bar­dziej widoczne, nie mogło być inaczej. Przełom lat 80. i 90. był wstrząsem spo­łecznym: w gospodarce socjalistycznej każdy miał zapewniony jakiś byt. Na­tomiast przy transformacji, gdy ludzie zderzyli się z rynkiem, wielu z nich sobie nie poradziło. Najbardziej ucierpiały na tym dzieci. Dlatego też przyznam szcze­rze, że niekiedy ważniejsze było dla mnie wsparcie Siemachy niż niezbęd­ne płatności publicznoprawne (które oczywiście zawsze regulowałem). Już o własnej konsumpcji nie wspominając – przez całe życie kupowałem używa­ne samochody, czego w ogóle się nie wstydzę. Wolałem realizować projekty pomocowe: Spotkania Przyjaciół na Ka­sprowym Wierchu, Czyste Tatry, Wigilię z Teatrem Witkacego w Zakopanem, spotkania seniorów. Nie mam potrzeby konsumowania na pokaz. Kompletnie nie rozumiem, jak np. za kurtkę narciar­ską można zapłacić 2000 euro.

Angażuje się Pan także w akcje eko­logiczne. Skąd impuls do działania na rzecz „Czystych Tatr”?

Gdy w 2011 roku poszedłem z przyja­ciółmi w Tatry i zobaczyłem, że to jedno wielkie śmietnisko, nie miałem jakiejś wielkiej świadomości ekologicznej. Nie twórzmy mitów. Po prostu byłem zbulwersowany i było mi wstyd, że lu­dzie tak śmiecą, a tym, którzy powinni o to dbać, jest to obojętne. To mnie wkurzyło. Pomyślałem: „To się da zmie­nić”. Znalazłem grupę zaangażowanych ludzi, wsparcie samorządowe i tak narodziły się „Czyste Tatry”. Dopiero później uświadomiłem sobie, jakie to ma znaczenie dla przyrody, dla zwie­rząt – te stare materace, telewizory i pralki, które w pierwszych edycjach wyciągaliśmy z potoków. Zrozumiałem to dopiero, gdy zaczęliśmy sprzątać. To był impuls zdenerwowania: jak to możliwe, że ludzie tak postępują?

Społeczna odpowiedzialność biznesu to teraz modne hasło. Pan działa tak od zawsze. Jaki zatem powinien być obecnie dobry przedsiębiorca?

Właśnie, przedsiębiorca. Nie lubię, gdy ktoś mówi o mnie „biznesmen”. Ja nie jestem od „deali”, nie kupuję taniej, by sprzedać drożej. Przedsiębiorca to ktoś, kto przedsiębierze — widzi potrzebę, weryfikuje ją i bierze sobie za zadanie ją zaspokoić lub coś zmie­nić. Usługa, która nie zmienia czegoś na lepsze, jest bezwartościowa. Kto posprzątał Tatry? Przedsiębiorca. To było przedsięwzięcie. Istotą zmieniania świata jest przedsiębiorczość.

Jednak niektórzy twierdzą, że działania filantropijne są nadal rzadkością?

Nie wiem, czy to aż tak rzadkie. Może mam szczęście obracać się w środowi­sku, w którym nie jest to tak wyjątkowe. Jeśli ktoś twierdzi, że filantropia czy dobroczynność to zjawiska marginal­ne, jest po prostu nieukiem. I powiem więcej: jest zakompleksiony, ma pro­blem z poczuciem własnej wartości, z własnym ego. Bill Gates w tej kwestii jest wzorem. Niedawno zmienił testa­ment, by po śmierci cały dobytek trafił na rzecz jego fundacji. Przekazywanie dzieciom wielkiego majątku zgroma­dzonego przez wcześniejsze pokolenia nie niesie ze sobą tylko korzyści. Co więcej, często przynosi to więcej szkody niż pożytku, ponieważ trudno wtedy zaszczepić w młodych ludziach prawdziwą determinację i motywację do działania. Gdy mają wszystko, nie muszą o nic zabiegać ani się starać.

Jakie zatem najważniejsze wartości chciałby Pan przekazać swojemu sy­nowi, Gniewkowi?

Kiedy ktoś pyta mnie o mojego prawie dziewięcioletniego syna, jakim chciał­bym, żeby był człowiekiem, mam czte­ry słowa: dobry, mądry, empatyczny i zaradny. Nie musi być piękny, nie musi być bogaty w sensie material­nym. Dobry, mądry, empatyczny i za­radny – te cztery słowa mam w głowie od lat i rozmawiam o nich z synem. Kiedy słyszę od jego wychowawczyni, że jest prawdomówny, godzi dzieci, jest wesoły i solidny, jestem z niego niesamowicie dumny. W kwestii wy­chowania rodzic nie powinien być dla dziecka mentorem, a przykładem. Słowa docierają wybiórczo, przykład dociera zawsze.

Oprócz tego, że jest Pan zaangażowa­nym ojcem, to też dobrym przyjacie­lem, udostępniając swoim kolegom np. swoje motocykle. Skąd ten pomysł?

Do pasji motocyklowej wróciłem po trzydziestce. Najpierw kupiłem jeden motor, potem drugi dla kolegi, który nie miał wystarczających środków, aż w końcu doszedłem do dwudzie­stu motocykli, którymi jeździli moi znajomi. Wywoziłem je w Alpy lub na Sardynię. Największą radość da­wało mi to, że cała banda kolegów, którzy albo nie mieli funduszy, zgody żony, albo mieli po prostu inne prio­rytety, mogli jeździć ze mną. Byłem szczęśliwy, widząc entuzjazm moich przyjaciół. Największą frajdę daje właśnie dzielenie się. Gdy ma się pieniądze i się ich z kimś nie dzieli, są naprawdę nic niewarte. Radość jest jedynym, co się mnoży, gdy się ją dzieli.

Zostając w tematyce motoryzacyj­nej, od niedawna prowadzi Pan też kursy offroadowe dla kobiet. Skąd ta potrzeba?

Co roku dla grupy swoich przyjaciół or­ganizuję offroadową wyprawę – zazwy­czaj na Mazury lub nad Bałtyk. Podczas jednej z takich imprez zdarzyło się, że jeden Maverick pozostał wolny, ponie­waż wszyscy mężczyźni już wyruszyli. Wtedy dwie dziewczyny postanowiły spróbować swoich sił i przejechały całą trasę bez żadnych uszkodzeń sprzętu, dokładnie podążając po zaprogramo­wanej ścieżce. Oczywiście zajęło im to więcej czasu niż facetom, bo były to ich pierwsze doświadczenia – nie znały jeszcze map, możliwości pojazdu ani obsługi wyciągarki. Mimo to dotarły szczęśliwe na biwak. Wtedy pomyśla­łem: „Dlaczego nie organizujemy szko­leń specjalnie dla kobiet?”

Zauważyłem, że gdy pilot przekazu­je instrukcje kobiecie, ona ich słu­cha, przetwarza i stosuje, natomiast mężczyźni często interpretują je po swojemu, co prowadzi do problemów, uszkodzeń sprzętu i konieczności korzystania z lawet. W ten sposób narodziła się idea „Woman Power” – dedykowanych szkoleń offroado­wych wyłącznie dla kobiet. Obecnie przeszkolonych jest już około 100 pań. Organizuję także inne akcje, jak „Dni na Petardzie”, które odbędą się już wkrótce. Uczestnictwo w nich można wylicytować, a cały dochód przezna­czany jest na pomoc dzieciom w ra­mach Wielkiej Wyprawy Maluchów. Ponadto współpracuję z innymi funda­cjami, organizując szkolenia na rzecz ich statutowych celów.

To niezwykle poruszające, jak wiele dobra może uczynić jeden człowiek. Dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiała: Aleksandra Podkówka-Poźniak

Specjalistka od wywiadów z ekspertami. Przeprowadza najbardziej kreatywne wywiady z ekspertami branży B2B, przedsiębiorcami oraz osobami publicznymi. Ma za sobą inspirujące rozmowy m.in. z Tomaszem Kammelem, Pawłem Tkaczykiem, Krzysztofem Ibiszem. Buduje wizerunek marek poprzez zindywidualizowany content marketing. Tworzy treści zoptymalizowane pod SEO oraz spersonalizowane pod konkretną grupę odbiorców.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.