Debiutancka powieść Nie zawiedź mnie to nie tylko wciągający thriller psychologiczny, lecz także opowieść o lojalności, przemianie i potrzebie autentycznych relacji w świecie pełnym pozorów. Jej autor, Marcin Adam Bąk — felietonista związany z Law Business Quality, muzyk i inicjator projektu Sound Avenue — prowadzi czytelnika przez historię, w której napięcie fabularne splata się z refleksją nad naturą winy, przyjaźni i duchowej przemiany. W rozmowie z Iloną Adamską opowiada o źródłach swojej literackiej wrażliwości, o łączeniu muzyki z pisaniem oraz o przekonaniu, że sztuka powinna przede wszystkim poruszać człowieka — nie efektem, lecz prawdą.
Twoja debiutancka powieść „Nie zawiedź mnie” jest niezwykle dojrzała emocjonalnie i wielowymiarowa. Co było impulsem, który skłonił Cię do napisania tej książki i sięgnięcia po formę thrillera psychologicznego?
Impulsem do napisania „Nie zawiedź mnie” była przede wszystkim potrzeba opowiedzenia o prawdziwej, bezwarunkowej więzi między ludźmi — o przyjaźni, która we współczesnym świecie wydaje się coraz rzadsza, a jednocześnie pozostaje jednym z najcenniejszych doświadczeń, jakie możemy przeżyć. Mam wrażenie, że dziś wiele relacji zaczyna przypominać kontrakty biznesowe — są warunkowe, oparte na wzajemnych korzyściach i wygodzie. Tymczasem prawdziwa przyjaźń nie kalkuluje, nie ma terminu ważności i trwa również wtedy, gdy nie przynosi żadnych „zysków”. Tęsknota za taką relacją stała się jednym z fundamentów tej historii i skłoniła mnie do oddania jej swoistego hołdu.
W powieści starałem się pokazać różne oblicza przyjaźni — zarówno tę, na której może zbudować się relacja damsko-męska, bo wierzę, że miłość oparta na przyjaźni jest najtrwalsza i najbardziej prawdziwa, jak i przyjaźń męską, często niewyrażaną wprost, ale niezwykle silną i pozbawioną rywalizacji. To właśnie ona daje mężczyźnie poczucie oparcia, siły i bezpieczeństwa, pozwala być sobą bez masek i bez konieczności udowadniania czegokolwiek. Chciałem pokazać, że taka więź potrafi ocalić człowieka — albo stać się jego największą słabością.
Forma thrillera psychologicznego wydała mi się do tego idealna, ponieważ pozwala zajrzeć głęboko w psychikę bohaterów i pokazać, jak silne emocje — lojalność, strach przed utratą, poczucie zdrady czy obsesja — potrafią prowadzić do dramatycznych wyborów. Interesowało mnie nie tylko to, co się wydarzy, ale przede wszystkim dlaczego.
Zależało mi na książce, która wciąga od pierwszych stron, ale nie opiera się wyłącznie na akcji. Thriller psychologiczny daje możliwość stopniowego odkrywania prawdy i operowania perspektywą, co uważam za niezwykle ekscytujące w pisaniu.
W książce poruszasz tematy winy, miłości, odkupienia oraz granic moralności. Czy inspiracją do stworzenia tej historii były osobiste doświadczenia, obserwacje społeczne, czy raczej refleksje filozoficzne nad naturą człowieka?
Najbliżej prawdy byłoby powiedzieć: ze wszystkiego po trochu. Ta historia wyrasta zarówno z osobistych doświadczeń, jak i z opowieści zasłyszanych od innych ludzi oraz z cichej refleksji nad własnym losem i naturą człowieka. Wiele zawartych w niej emocji ma swoje źródło w tym, co wydarzyło się naprawdę — choć niekoniecznie w takiej formie czy kolejności, w jakiej zostało opisane, lecz w bardzo podobnym natężeniu uczuć.
Interesowało mnie przede wszystkim to, co dzieje się w człowieku, gdy staje wobec winy, miłości czy konieczności przekroczenia własnych granic moralnych. Takie sytuacje nie są przecież abstrakcyjne — rodzą się z życia, z obserwacji innych, z rozmów, z własnych przeżyć i wątpliwości. Dlatego w książce splatają się elementy bardzo osobiste z tym, co uniwersalne i wspólne dla wielu ludzi.
Można więc powiedzieć, że to nie tyle zapis konkretnych wydarzeń, ile próba uchwycenia prawdy o ludzkich emocjach — tych, które pozostają niezmienne mimo upływu czasu i doświadczeń.
Główna bohaterka, Klara, przechodzi ogromną wewnętrzną przemianę – od świata mediów i blasku reflektorów do działań społecznych. Co symbolizuje dla Ciebie ta postać i jakie wartości chciałeś poprzez nią przekazać czytelnikom?
Nie tylko Klara przechodzi w tej historii głęboką wewnętrzną przemianę — podobną drogę ma za sobą również Marvin. Oboje spotykają się dopiero wtedy, gdy są już „po transformacji”, jakby życie — a może cały wszechświat — czekało na dokładnie ten moment, w którym będą na to spotkanie gotowi. To trochę tak, jakby istniał precyzyjny plan, który wiedział, kiedy ich drogi powinny się przeciąć, aby mogli naprawdę zobaczyć siebie nawzajem i stworzyć coś trwałego.
Ta relacja jest w pewnym sensie ukłonem w stronę moich osobistych doświadczeń, a jednocześnie formą bardzo intymnego odsłonięcia prywatności — bo z moją narzeczoną spotkaliśmy się właśnie po własnych nawróceniach i głębokich przemianach życiowych. Takie rzeczy naprawdę się zdarzają. Czasem życie przygotowuje nas latami do spotkania z konkretną osobą, z „tą” duszą. My sami często mówimy, że dziś tworzymy idealny zespół, ale kilka lat wcześniej ten związek prawdopodobnie nie miałby szans przetrwania.
Fascynuje mnie ta precyzja losu — to, jak potrafi dopasować momenty, ludzi i okoliczności, by pewne spotkania mogły w ogóle zaistnieć. Poprzez Klarę i Marvina chciałem pokazać, że prawdziwe relacje rodzą się nie tylko z uczuć, lecz także z gotowości, dojrzałości i odwagi, by najpierw zmienić samego siebie.
Wątek Marvina – byłego gangstera próbującego zerwać z przeszłością – stanowi niezwykle silny element fabuły. Czy jego historia ma pokazać, że człowiek zawsze niesie konsekwencje dawnych wyborów, czy raczej daje nadzieję na możliwość odkupienia?
Historia Marvina może być odczytywana na dwa sposoby, ale wydaje się, że jej głębszy sens łączy oba te wymiary. Z jednej strony pokazuje, że konsekwencje naszych wyborów i czynów są nieodłączną częścią ludzkiego życia — niejako zapisują się w jego treści. Mówi o tym wiele religii, filozofii czy choćby idea karmy: to, co robimy, prędzej czy później do nas wraca i kształtuje naszą rzeczywistość.
Jednocześnie jednak wątek ten niesie silnie pozytywne przesłanie. Podkreśla, że niezależnie od przeszłości człowiek w każdej chwili może spróbować zacząć od nowa i niejako stać się „nowym człowiekiem”. Nie dotyczy to wyłącznie kwestii moralnych czy win wobec innych, lecz także wszelkich słabości, którym ludzie ulegają — nałogów, uzależnień, autodestrukcyjnych zachowań czy mechanizmów niszczących osobowość i poczucie własnej wartości.
Historia Marvina przypomina więc, że choć nie możemy wymazać przeszłości, nie jesteśmy przez nią całkowicie zdeterminowani. Każdy dzień życia jest darem i nową szansą — momentem, w którym można podjąć inne decyzje niż wcześniej, przerwać błędne koło i zacząć budować siebie na nowo. To opowieść nie tyle o nieuchronności kary, ile o trudnej, ale realnej możliwości przemiany.
Thriller opiera się na napięciu, ale w Twojej książce bardzo wyraźnie obecny jest także wymiar duchowy i refleksyjny. Jak wyglądał proces łączenia dynamicznej fabuły z głęboką analizą emocji i ludzkiej psychiki?
W moim przypadku to połączenie było czymś zupełnie naturalnym. Jestem przekonany, że jako ludzie jesteśmy o wiele bardziej złożonymi istotami, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Thriller daje możliwość pokazania skrajnych sytuacji, a właśnie wtedy najpełniej ujawnia się to, co w nas ukryte — lęki, pragnienia, pytania o sens i granice własnego „ja”.
W moim życiu nie brakowało doświadczeń na pograniczu metafizyki, w których duchowość była czymś równie realnym jak świat materialny i cielesność. To sprawiło, że nie traktuję tych sfer jako oddzielnych — one współistnieją i wzajemnie na siebie wpływają. Dlatego w książce dynamiczna akcja nie wyklucza refleksji, lecz staje się dla niej naturalnym tłem.
Mam świadomość, że nasze istnienie jest wielowymiarowe — funkcjonujemy jednocześnie na poziomie fizycznym, emocjonalnym, psychicznym i duchowym. Pisząc, staram się uchwycić właśnie tę złożoność, bo dopiero ona sprawia, że bohaterowie stają się prawdziwi, a napięcie nie jest tylko mechaniczne, lecz dotyka czytelnika na głębszym poziomie.
Wiadomo, że część bohaterów posiada pierwowzory w rzeczywistości. Czy tworzenie postaci inspirowanych realnym życiem było dla Ciebie twórczym wyzwaniem i jak zachowałeś równowagę między fikcją a prawdą?
To zrodziło się całkowicie spontanicznie. Bogactwo osobowości i rysów charakteru moich bliskich sprawiało, że niemal naturalnym odruchem stawało się obsadzanie ich w rolach przeznaczonych dla fikcyjnych bohaterów. Przyznam, że odnajdywałem w tym szczególną radość — przenosząc ich w odmienne światy, w inne realia i sytuacje graniczne, w których, jak przeczuwałem, mogliby odnaleźć się zaskakująco prawdziwie.
Jesteś muzykiem, gitarzystą i twórcą projektów artystycznych m.in. Sound Avenue. W jakim stopniu pasja do muzyki wpływa na Twój sposób pisania, budowania nastroju i konstruowania emocjonalnej narracji?
A to ciekawe pytanie. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Nie mam żadnego formalnego wykształcenia ani muzycznego, ani dziennikarskiego — u mnie to się po prostu dzieje. Sam akt tworzenia przychodzi jakby znikąd i nie mam nad nim pełnej kontroli. Czy to słowa, czy dźwięki, wszystko po prostu się ze mnie wylewa, a ja czuję się bardziej jak narzędzie niż autor.
Czasem pojawia się nagły, niemal fizyczny głód, żeby przelać jakieś emocje — i wtedy wchodzę w coś na kształt transu. Nastrój, obrazy, rytm zdań czy melodii układają się same, bez planu i kalkulacji. Muzyka na pewno ma wpływ na to, jak buduję emocjonalną narrację, ale nie w sposób świadomy — raczej intuicyjny. To bardziej stan, w którym pozwalam, żeby coś przeze mnie przepłynęło, niż proces, który próbuję kontrolować.
Sport i aktywność fizyczna często uczą dyscypliny, wytrwałości oraz pokonywania własnych ograniczeń. Czy te wartości miały wpływ na proces twórczy oraz pracę nad debiutancką powieścią?
Zdecydowanie tak — dyscyplina była jednym z fundamentów pracy nad książką. Zawodowo funkcjonuję w zupełnie innej rzeczywistości, w której obowiązki pochłaniają ogromną ilość czasu i wymagają stałej dyspozycyjności. Nierzadko oznacza to 13–15-godzinny dzień pracy.
Połączenie tego z grą na gitarze — instrumentem wymagającym codziennych ćwiczeń, by utrzymać odpowiedni poziom — pisaniem felietonów do gazety, z którą jestem związany i która zapoczątkowała moje literackie otwarcie na świat, regularnymi treningami fizycznymi (co najmniej trzy razy w tygodniu) oraz pracą nad książką wymagało ode mnie ogromnej samodyscypliny. Często wiązało się to także z rezygnacją z cennego czasu przeznaczonego na odpoczynek czy sen. Nie żałuję jednak, bo było warto.
Ten wysiłek przyniósł nie tylko efekt w postaci ukończonej powieści, ale również poczucie wewnętrznej siły i sprawczości. Jestem osobą zadaniową — najlepiej funkcjonuję, gdy mam jasno wyznaczone cele na każdy dzień. Ich realizacja daje mi poczucie porządku, kontroli nad codziennością oraz ogromną satysfakcję, która napędza mnie do dalszej pracy twórczej.
Do kogo przede wszystkim kierujesz swoją książkę? Jakie emocje, refleksje lub pytania chciałbyś pozostawić w czytelnikach oraz jakie są Twoje dalsze marzenia literackie i artystyczne?
Kieruję tę książkę do każdego — niezależnie od wieku czy płci. To opowieść uniwersalna, po którą może sięgnąć zarówno ktoś młody, jak i dojrzały czytelnik. Sam uwielbiam czytać w podróży — w samolocie, w pociągu, w drodze z punktu A do punktu B. Właśnie wtedy najchętniej zanurzam się w lekkiej beletrystyce, w świecie, który pozwala choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości i sprawia, że czas mija szybciej i przyjemniej. Chciałem, aby moja książka miała dokładnie taki charakter — by czytało się ją z lekkością, ale żeby pod tą lekkością kryło się coś więcej.
Uważam, że prawdziwe mistrzostwo literackie polega na przekazywaniu głębokich myśli prostymi słowami. Nadmierna ekwilibrystyka językowa i przesyt trudnych wyrażeń potrafią zmęczyć czytelnika, zamiast go poruszyć. Dlatego zależało mi, by ważne treści, refleksje i emocje zostały podane w sposób przystępny, naturalny i obrazowy. Gdy czytam, lubię moment, w którym litery przestają istnieć, a w głowie pojawiają się sceny jak na ekranie kina. Marzyłem, aby ta książka działała właśnie w ten sposób — by stawała się dla czytelnika filmem, który wywołuje różne emocje: radość, wzruszenie, napięcie czy niepewność.
Jeśli chodzi o moje marzenia, ogromnie chciałbym zobaczyć ekranizację tej powieści. Wierzę, że bohaterowie mają w sobie niezwykły potencjał — są zdolni do rzeczy, które na pierwszy rzut oka wydają się niemożliwe, a na ekranie mogliby naprawdę ożyć. Marzy mi się także kontynuacja ich przygód. Mam już zarys kolejnej historii, ale na razie chcę zobaczyć, jak czytelnicy przyjmą pierwszą część. Ich odbiór będzie dla mnie najważniejszą wskazówką, w którą stronę podążyć dalej.
Czy uważasz, że artysta ma obowiązek myśleć o komforcie odbiorcy, czy raczej powinien pozostać wierny własnej wizji, nawet jeśli jest ona wymagająca?
Jest takie powiedzenie, że muzyk może się męczyć podczas grania, ale słuchacz nie powinien. Bardzo jest mi ono bliskie. Chciałbym po prostu dalej wzrastać w tym, co mam do zaoferowania światu — dojrzewać artystycznie, poszerzać wrażliwość, szukać nowych form wyrazu. Nie gonię za czymś spektakularnym; zależy mi raczej na tym, by to, co tworzę, było coraz prawdziwsze, głębsze i bardziej potrzebne. Jeśli dzięki mojej pracy ktoś zatrzyma się na chwilę, poczuje wzruszenie, spokój albo zwyczajną przyjemność — to jest dla mnie największe spełnienie.
Rozmawiała: Ilona Adamska

KSIĄŻKA DO NABYCIA NA STRONIE IKMAG.PL.


