Katarzyna Konieczka – wizjonerka kostiumografii zdradza sekrety międzynarodowej kariery


Katarzyna Konieczka – kostiumografka, projektantka, artystka kreująca dzieła z materiałów użytkowych. Wizjonerka materializująca to, co nienamacalne.  Skończyła Międzynarodową Szkołę Kostiumografii i Projektowania Ubioru z wyróżnieniem za kolekcję The Call, lecz  to był dopiero pierwszy krok na początku jej światowej kariery.

 

Od lat współpracuje z topowymi gwiazdami tworząc dla nich kreacje rodem z mrocznej baśni. Jej kostiumy nosiła Madonna, Lady Gaga, Jennifer Lopez i wiele innych gwiazd. Dziś tworzy projekt  dla TOP OF THE TOP z listy światowych gwiazd.

Jak rozpoczęła się Pani historia ze sztuką w formie mody?

– Od dzieciństwa rysowałam projekty sukienek, butów i przede wszystkim interesowały mnie księżniczki, więc zawsze ten wątek bajkowości i kostiumów był we mnie obecny. Zainteresowanie z dzieciństwa przerodziło się w plan na życie. W pewnym momencie budowałam scenografię, na początku do klubów i  jakiś ciekawych miejsc, ale jednak zdecydowałam, że to nie jest do końca moja historia i skupiłam się na kostiumach. Trafiłam do Międzynarodowej Szkoły Kostiumografii i Projektowania Ubioru w Warszawie, na kierunek Kostiumografia. Wydaje mi się, że po prostu chciałam mieć papier i też trochę zbliżyć się do tego świata. Już wtedy miałam obraną pewną ścieżkę – tworząc kostiumy inspirowałam się kiczem, także duży wpływ na mnie miały wytwory Sopockiego Sfinksa, Alicji Grucy, Roberta Florczaka i Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza, który moim zdaniem jest najlepszym stylistą świata, aczkolwiek tak naprawdę jest performerem.

Fot. Skibek.pl
źródło: skibek.pl

Złota Nitka, Re-act, OFF Fashion – to jedne z wielu konkursów, w których brała Pani udział. Jak je Pani wspomina?

– Przez całą szkołę fascynowałam się kiczem, ale pod koniec MSKPU to się zmieniło. Zrobiłam bardzo ambitną kolekcję, która opierała się na zgaszonych barwach, niedofarbowaniach, poniszczeniach, zgnieceniach i wielu innych strukturalnych modyfikacjach. Szkole bardzo spodobała się moja kolekcja i tak naprawdę to MSKPU wypchnęło mnie na konkursy, bo nie ukrywając jest to także dla nich prestiż. Na Złotej Nitce w 2009 roku dostałam nagrodę od krytyków brytyjskiego „Vouge’a”, którzy przyjechali na fashion weeka do Łodzi i zbuntowali się przeciw werdyktowi jurorów, dlatego przyznali mi indywidualną nagrodę. Później pojawiła się na stronie „Vouge’a” bardzo, bardzo pozytywna recenzja mojej kolekcji.

Niestety konkursy modowe mają pewną tendencję – górują na nich dość użytkowe i komercyjne kolekcje. 

– Właśnie nie za bardzo to rozumiem. W zeszłym roku zostałam zaproszona jako gość do Budapesztu na  Mercedes Benz Fashion Week i również tam zauważyłam tę tendencję, że kolekcja, którą ja oceniłam najwyżej, nie wygrała. Pierwsze miejsce za to zajęło coś, co niekoniecznie wydawało mi się być górnolotne. Nie mogę pojąć tej zasady oceniania, ponieważ te konkursy to ogromna szansa dla młodych osób, bo wygrywa się dość duże pieniądze, a dzięki nim można stworzyć nową kolekcję.

Kolekcja to słowo klucz. Usłyszałam, że inspiracje Pani kolekcji wynikają z ciemnych stron baśni braci Grimm, które czytała Pani jako mała dziewczynka?

– Dokładnie tak. Miałam problemy z czytaniem jako dziecko i mama dała mi właśnie baśnie braci Grimm. Okładka była bardzo ładna, z żabką, albo z krukiem w koronie, także moja mama nie spodziewała się, że są to takie mroczne i bardzo przesiąknięte symboliką bajki. Ta symbolika towarzyszy mi od wielu lat. Zresztą zawsze coś takiego w mojej głowie było, że interesowały mnie ekstremalne i trudne historie. Na każdym etapie życia coraz bardziej i mocniej ciekawiły, dlatego często w kolekcjach pojawia się motyw-inspiracja morderstwami. Przykładowo: mężczyzna-doktor, który po śmierci swojej żony profesjonalnie ją zmumifikował oraz postać Eda Geine’a – mordercy, który tworzył bardzo precyzyjne meble z ludzkiej skóry – posłużyli oni za inspiracje do kolekcji nekromantic.

fot. Sylwia Makris
fot. Sylwia Makris

Dominacja, medykalizacja, średniowieczne przyrządy ortodontyczne, deformacje ludzkiego ciała i nawiązania do śmierci to rzeczy, które zazwyczaj przerażają, lecz Pani wyciąga z nich nieprzeciętną sztukę. Jak to się Pani udaje, że z pozoru rzeczy, które nas odpychają Pani przekształca w piękno?

– Zainspirowała mnie między innymi postać Josepha Merricka, który chorował na słoniowatość i miał ogromne deformacje ciała, ale był bardzo wrażliwym, delikatnym i inteligentnym człowiekiem. Zostało to pokazane w filmie Człowiek słoń z Anthonym Hopkinsem. Chciałam, by w kostiumie było widoczne, że on jest skrzywdzony, odtrącony i wyśmiewany, a jednocześnie wrażliwy i oczytany. Dlatego dodałam do stroju elementy historyczne, które nawiązywały do pewnych szlacheckich cech. Królowe nosiły szerokie kryzy elżbietańskie, więc taką szeroką kryzę elżbietańską zrobiłam za pomocą narzędzi chirurgicznych – to też nawiązywało do jego cierpienia fizycznego. Stworzyłam także kołnierz, który miał być oznaką królewskości – chciałam nadać tej cierpiącej postaci czegoś szlachetnego. Z przodu tak jak w sukniach był bawet – wykonałam go ze śrub, które wbijały się w ciało, więc bezpośrednio pokazywały cierpienie, a jednocześnie pozostało to cały czas szlachetnym i królewskim elementem. Jest  to pewna zdolność, dzięki której buduję postać na podstawie cech zewnętrznych i wewnętrznych. Potrafię  zmaterializować emocje, wyrazić  je kostiumem.

Fot. Sylwia Makris
Fot. Sylwia Makris

 

Posiada Pani niesamowitą wrażliwość na ludzi i świat zewnętrzny, dlatego ciekawi mnie czy przetwarzanie i jednocześnie wytwarzanie tkanin, wykonywanie poniekąd rzemieślniczej pracy, tworzy między Panią a kostiumem większą więź?

– Dokładnie tak jest. Jeśli coś jest ogólnodostępne to niezależnie od tego, jaką ma cenę – dla mnie nie ma żadnej wartości. Dlatego tkaniny zostają przeze mnie przetwarzane zarówno w swojej strukturze, jak i kolorze. Zachodzi między nimi strasznie dużo procesów, jedna farba rozpuszcza, druga laminuje, trochę materiału się schlapie, inne się gniecie, to tak jak malowanie obrazu. Czuję się więc bardziej tego typu artystą, rzeźbiarzem, malarzem, a nie projektantem mody. Wysokie krawiectwo z rzemieślniczą pracą i do tego jakieś dramatyczne haute couture, bo w samych tkaninach również jest drama i są emocje.

Jak się czuje kostiumografka, która przez stację CNN została wytypowana jako projektantka przyszłości – mody w 2050 roku?

– Tak, to było imponujące, że CNN wytypowało mnie w rankingu mody roku 2050. Przez to zestawienie, w którym znalazło się moje nazwisko, czuję się nagrodzona jako wizjoner. Wiadomo, że w Polsce znani są projektanci, którzy są po prostu popularni, a takie wyróżnienie daje mi dużo do myślenia. Powiedzmy sobie szczerze CNN to jest największy serwis informacyjny. Jak oni coś ogłaszają to później sypią się artykuły i przedruki tych tekstów, widziałam nawet jakiś serwis modowy w Nepalu, który o tym wspomniał. CNN jest ogromnie opiniotwórczy, więc to jest dla mnie wielkie wyróżnienie.

Wyróżnienia, nagrody, międzynarodowe współprace, to ogromny prestiż. Jak on przekłada się na sprzedaż, bo w obecnych czasach to chyba ciężki wybór tworzyć sztukę dla sztuki albo tworzyć modę użytkową. Czy nie miała Pani obaw przed tym wyborem?

– Nie, ja się nigdy nad tym wyborem nie zastanawiałam. Zawsze żyłam w ten sam sposób. Ubieram się na czarno, nie noszę  biżuterii, nie rozpoznaję marek samochodów, nie mam w sobie żadnego snobizmu. Nie zastanawiam się jak tworze. Nie mam wygórowanych wyobrażeń odnośnie mojej sytuacji finansowej. Zwykle nawet ostatnie pieniądze potrafię wydać na rzeczy do tworzenia i mam ich po prostu mnóstwo, bo to mnie karmi. Moje rozbuchane i doceniane przez te wszystkie nagrody ego jest karmione fajnymi artykułami, nagrodami, współpracą ze znanymi i topowymi artystami. Nie prowadzę żadnej sprzedaży, jestem nastawiona na wystawienie w muzeum. Ostatnio miałam swoją wystawę w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu. Kostiumy, które tam trafiły były bardzo malarskie, zaprojektowana do nich była awangardowa aranżacja świateł i jak spojrzałam na wystawę, to pomyślałam sobie, że to nie jest suknia tylko obraz przedstawiony w formie sukni. To nie jest płótno, tylko ubranie, które było dla mnie płótnem.

Madonna, Lady Gaga, Amber Rosse, Doda, Justyna Steczkowska – to jedne z wielu nazwisk, z którymi udało się Pani pracować. Jak wygląda międzynarodowa współpraca z gwiazdami?

– Dostaję propozycję współpracy i pierwszy kontakt mam z asystentem albo stylistą gwiazdy. Zazwyczaj zostaję zalewana wiadomościami od teamu gwiazdy, niezależnie czy u nich jest czwarta nad ranem czy u mnie. Jak nie odpiszę na wiadomość momentalnie mam od nich telefon. Otrzymuję wszystkie rozmiary wokalistek, począwszy od wzrostu, po długość odcinka między nadgarstkiem a łokciem, obwód szyi i obwód głowy, dosłownie wszystko. I to, co czasami czytam w Internecie o wadze, wzroście gwiazd to są kompletne bzdury, nie wiem, z jakiego źródła pojawiają się te informacje. Obecnie tworzę projekt, który w niedalekiej przyszłości ujrzy światło dzienne, wyjdzie nowy teledysk i okładka magazynu i to dopiero będzie naprawdę BOOM, ale nie mogę nic więcej powiedzieć, bo ujawnienie takiej tajemnicy mogłoby złamać nawet karierę.

fot. David LaChapelle
fot. David LaChapelle

 

Gdy odzywają się do Pani teamy gwiazd i proszą o kostium to tworzony jest on  na podstawie jej charakteru, emocji, które przekazuje czy scenografii do teledysku?

– Najczęściej nie kreuję projektów od nowa, bo to się skończy fiaskiem. Przeważnie kontaktują się ze mną teamy już odnośnie konkretnego modelu, który im się spodobał. Musiałam im „wpaść” w oko i idealnie pasować do tego, co chcą finalnie z nim zrobić, ponieważ gdyby było inaczej to wybraliby jakiegoś projektanta ze Stanów. Oni potrafią po prostu wyszukać i biorą rzeczy gotowe, które ich zachwyciły.

Show-biznes rządzi się swoimi prawami, a ikony popkultury zazwyczaj otrzymują większość kreacji za darmo. Jak odnosi się Pani do tego, że niektórzy artyści nie doceniają nieswojej sztuki i nie chcą za nią płacić?

– Problem polega na tym, że Dior, Chanel, Yves Saint Laurent, Versace, Marc Jacobs i wszyscy znani projektanci przysyłają gwiazdom prezenty – to jest wszystko za darmo i w tym momencie to nie jest wykorzystywanie, bo oni prowadzą pewnego rodzaju „produkcję”. W moim przypadku to już jest wykorzystywanie, bo ja nie mam „produkcji”. Żeby móc tak działać i obdarowywać gwiazdy, to trzeba zainwestować w to. Jestem samotną matką, mieszkam w Polsce, w Sopocie i potrzebowałabym dużego finansowego wkładu, żeby móc tak funkcjonować. Jestem dlatego bardziej nastawiona na galerię, niż na pokazy mody, czerwone dywany itd. Byłam na łączach ze stylistami i miała zostać robiona okładka nowej płyty Timberlanda i jego wokalistki, ale musiałam z tego zrezygnować. Rozumiem, że dla takich nazwisk robi  się kostiumy i cieszy się sukcesem, ale już naprawdę nie będę płaciła za wysyłkę i z wywieszonym jęzorem tego robiła, bo mój organizm się przed tym broni.

Czy ma Pani jakąś swoją ulubioną współpracę zagraniczną?

– Tak, tę, nad którą teraz pracuję. W poniedziałek wysyłam paczkę i to będzie taki BOOM. Strasznie mnie to cieszy, bo w końcu się doczekałam! Jedyne co mogę zdradzić, to że ta gwiazda jest naprawdę wielkoformatowa, ma 80 milionów fanów na kontach społecznościowych, a ja dziś robię dla niej kostium!

Materializuje Pani emocje i cechy w postaci kostiumów i stało się to Pani zawodem. Jakie miałaby Pani rady dla osób, które chciałyby zajmować się kostiumografią, ale boją się porażki?

– Ciężko kogokolwiek uchronić i podać uniwersalny przepis na sukces. Nigdy nie inwestowałam mocno w swoją sztukę, a ona jednak tak bardzo wypłynęła. Dziś u siebie w pracowni buduję kostium dla topowej, światowej wokalistki, dlatego uważam, że osoby, które chciałyby pracować w branży fashion niezależnie czy ma być to moda użytkowa, czy pokazowa nie powinny się zrażać, bo wszystko jest możliwe. W internetowej erze należy publikować prace, nie chować ich do szuflady tylko pokazywać swoje projekty i siebie – po prostu nie bać się. Jedyną słuszną drogą jest patrzenie na siebie i nie oglądanie się na innych projektantów. Trzeba znaleźć swoją niepowtarzalną ścieżkę. Silne projekty mają to do siebie, że zatracasz siebie i idziesz tą linią, dlatego cudze silne projekty osłabiają. Każdy człowiek jest inny i jest jakoś atrakcyjnie, fantastycznie porąbany. Emocje przekładają się na pracę twórczą, dlatego nie możecie się dać zgnieść jakimś innym wpływom.

 

Rozmawiała: Sonia Przybył

Źródło: http://fashionbiznes.pl

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Akceptuję zasady Polityki prywatności